Drawski PN, pojezierza Ińskie i Drawieńskie.
26 lipca - 8 sierpnia 2025
Wstęp.
Już od jakiegoś czasu marzył nam się urlop w miejscu, gdzie oprócz zabytków będzie dużo jezior, lasów, łąk i to właśnie
Pojezierze Drawieńskie wydawało nam się miejscem, które spełni nasze oczekiwania.
I uprzedzając relację, tak było.
Przygotowania odbywały się standardowo, czyli opracowanie tras, znalezienie noclegów, wypisanie atrakcji turystycznych
oraz rzeczy bardziej przyziemnych, czyli sklepów i knajpek, gdzie można byłoby się posilić.
W trakcie poszukiwań noclegów okazało się, że wszystkie miejsca w Czaplinku, który miał być mniej więcej w połowie urlopu, są zajęte.
Po krótkim sprawdzeniu w internecie okazało się, że idealnie wstrzeliliśmy się w termin
Pol'and'Rock Festival,
który od jakiegoś czasu organizowany jest pod Czaplinkiem.
Szybka modyfikacja trasy i Czaplinek stał się naszym miejscem docelowym tydzień po festiwalu.
Pozostało nam już tylko oczekiwanie na początek urlopu.
Dzień 0.
25 lipca 2025 rok.
Pierwszy etap dojazdu.
W tym roku dojazd na urlop mieliśmy dość nietypowy. Ze względu na brak dogodnego sobotniego połączenia do Dobiegniewa postanowiliśmy
w piątek wieczorem spotkać się w Poznaniu i zrobić tu nocleg wstępny.
Nasze pociągi jadące z różnych miast prawie o tej samej porze wjechały na poznański dworzec główny.
Nie wierząc, że zaczynamy urlop powędrowaliśmy na kwaterę. Wieczorem pospacerowaliśmy po okolicy, w końcu zasiedliśmy
w jakiej sympatycznie wyglądającej knajpce i rozmyślaliśmy o najbliższych dwóch tygodniach wędrówki.
Dzień 1.
26 lipca 2025 rok.
Dobiegniew – Jezioro Wielgie - Wołogoszcz - Jezioro Wuców Duży i Jezioro Łabądź - Stare Osieczno – Przesieki. Wg GPS 27,4 km.
Z Poznania wyjechaliśmy o 7:32 i już po godzinie wysiadaliśmy na stacji w Dobiegniewie. Dzień zaczął się pochmurnie.
W związku z tym, że miejscowość znaliśmy z nie tak dawnego poprzedniego pobytu (2022 rok) postanowiliśmy obejść tylko najważniejsze punkty
i zrobić zakupy na trasę. Przy samym dworcu zwróciła naszą uwagę ciekawa stara latarnia firmy
Dywidag ze śladami znaków turystycznych.
Można ją znaleźć w internecie na starych zdjęciach z lat 30/40-tych ubiegłego wieku.
Przeszliśmy obok baszty – czaty strażniczej z fragmentem miejskich murów obronnych z XIV wieku,
obeszliśmy XV-wieczny kościół Chrystusa Króla, przyglądając się ceramicznym maszkaronom.
Obok kościoła znajduje się Plac pchor. Tadeusza Starca, a przy nim pomnik upamiętniający jeńców zlokalizowanego
w Dobiegniewie Obozu Oflag II C Woldenberg.
Do samego muzeum nie dotarliśmy, w 2022 roku było w remoncie, a w tym roku podejście skutkowałoby dodatkowymi 3 kilometrami.
Robiąc zakupy od razu odczuliśmy, że czas w mniejszych miejscowościach płynie dużo wolniej.
Nikt nie niecierpliwił się w kolejkach, kasjerki spokojnie, żeby nie powiedzieć powolnie wykonywały swoją pracę
tocząc rozmowy z tutejszymi klientami.
Po godzinie wychodziliśmy z miasta.
Tym razem skręciliśmy, trochę przez przypadek, na ścieżkę spacerową biegnącą wzdłuż jeziora Wielgie.
Malownicze przejście, co chwilę albo ławeczki, albo zejście na pomost, niektóre okupowane przez wędkarzy.
Na końcu ścieżki dowiedzieliśmy się, dlaczego nie trafiliśmy na nią wędrując 3 lata temu w przeciwnym kierunku.
Ścieżka kończyła się ślepo, a do szlaku trzeba było przejść na przełaj przez las, tak około 200 metrów.
Idąc łąkami przypominaliśmy sobie poprzednią wędrówkę w pełnym słońcu i w upale. Tu słoneczko nieśmiało zaczęło wyglądać zza chmur.
Przed Wołogoszczą spotkaliśmy zdezoriento-wanych rowerzystów spoglądających na mapę w telefonie.
Nie zapytali o drogę, tylko skąd idziemy. Ostatecznie pojechali w innym kierunku.
Weszliśmy do Wołogoszcza, miejscowość nic się nie zmieniła.
Zrobiliśmy zdjęcia znajdującemu się w centrum wsi drewnianemu kościółkowi pw. Podwyższenia Krzyża Świętego z XVII w, o konstrukcji szkieletowej.
Przy DK22 zatrzymaliśmy się w restauracji "Caro" na zupę, tu dłuższa chwila odpoczynku, słońce coraz śmielej wyglądało.
Ruszyliśmy dalej. Leśne drogi prowadziły nas w stronę jeziora Wuców Duży. Często je wspominaliśmy z poprzedniego pobytu.
Niestety "nasze" miejsce było zajęte, to jednak był weekend.
Znaleźliśmy inny pomost z dogodnym zejściem do jeziora, który zajęliśmy tuż przed nadjeżdżającymi z przeciwka strony rowerzystami.
Pierwsza kąpiel zaliczona. Wyschnęliśmy na pomoście i ruszyliśmy dalej w drogę.
Rowerzyści też wracali z kąpieli, zamieniliśmy kilka słów.
Bezszlakowo przeszliśmy wzdłuż Jeziora Łabądź, za którym złapaliśmy żółte znaki.
Do
B-Werku "Dromedar" ("Wielbłąd") już się nie wspinaliśmy, oglądaliśmy go 3 lata temu.
Zdjęcia zrobiliśmy z daleka i po chwili dotarliśmy do Starego Osieczna.
Najpierw cofnęliśmy się do dawnego cmentarza, na terenie którego znajduje się zakamuflowany schron obserwacyjny z 1934 r.
Odpoczęliśmy pod, na szczęście, czynnym sklepem, obserwując jak panowie układają we wsi nowe kable.
Uwieczniliśmy XIX-wieczny kościół Niepokalanego Poczęcia NMP i za rzeką Drawą skręciliśmy w prawo na szlak rowerowy.
Uniknęliśmy w ten sposób dojścia ruchliwą DK22 do naszego noclegu.
W głębi lasu, przy ostrym skręcie szlaku, trafiliśmy na pozostałości dawnej osady Zacisze.
Zobaczyliśmy tu dobrze zachowane długie schody do ruin domu Hansa Paasche.
Naprzeciw ruin minęliśmy stary cmentarzyk.
Leśna droga doprowadziła nas do Przesiek na nocleg w przyczepie campingowej.
Szczęśliwie dla nas na miejscu można było jeszcze zjeść obiadokolację.
Odpoczywając na powietrzu opisywaliśmy wstępnie dzisiejszą trasę i przeglądaliśmy zdjęcia.
Dzień 2.
27 lipca 2025 rok.
Przesieki – Kamienna Knieja - Głusko - Ostrowite - Jagoda – Dłusko - Dzwonowo. Wg GPS 24,4 km.
Śniadanie z zapasów zjedliśmy o godzinie 8. Dzisiaj jedynym sklepem na trasie, i choć to niedziela czynnym, ma być sklep w Głusku.
Spakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy w drogę.
Szliśmy zgodnie z planem, przez Przesieki dotarliśmy na dzikie obozowisko nad jeziorem Przesieki Wielkie.
Ukazał nam się napis Drawieński Park Narodowy i dosyć szerokim dojazdem pożarowym przecięliśmy szlak żółty
i rowerowym weszliśmy na czerwony. Przeszliśmy przez most z ograniczeniem wysokości na Płocicznej.
Duży plus dla DPN za oznakowanie i opisanie znajdujących się na szlaku fortyfikacji.
W jednym miejscu zobaczyliśmy rów przeciwpancerny, stanowisko ogniowe typu
Ringstand 58c
oraz schron bojowy, jednak podczas tegorocznej wędrówki naszym tematem przewodnim nie był Wał Pomorski,
więc mijane militaria zwiedzaliśmy tylko pobieżnie.
Koło ruin wsi Podszkle minęliśmy zakole Drawy, po chwili zgodnie z czerwonym szlakiem skręt na asfalt i dalej w lewo powrót na leśną drogę,
która doprowadziła nas do wieży widokowej nad zabytkową
elektrownią wodną Kamienna.
Oczywiście weszliśmy, ukazała nam się dość pokaźna przepławka i w tle zabytkowe budynki.
Podjechała grupa kajakarzy, którzy szykowali się na spływ.
Od elektrowni początkowo gruntowa droga, dalej asfalt doprowadziły nas do Głuska.
Kilka lat temu tu nocowaliśmy, jednak nie byliśmy pewni, czy dobrze zlokalizowaliśmy miejsce,
gdzie kiedyś gospodarz udostępniał podwórko na rozbicie namiotu.
 |
 |
 |
Podeszliśmy do domu, w którym znajduje się sklep i obok restauracja, na drzwiach wejściowych do obu miejsc informacja "jestem obok",
jednak jedne i drugie drzwi były zamknięte. Godzin otwarcia brak. Weszliśmy do siedziby Parku, wzięliśmy pieczątki.
Pani niestety nie potrafiła nam powiedzieć, czy sklep będzie w ten weekend otworzony.
Wróciliśmy na ławki znajdujące się pod restauracją i czekamy. Słońce dość mocno dzisiaj przygrzewało.
Chcieliśmy zadzwonić na znaleziony numer telefonu do restauracji, brak zasięgu nam to uniemożliwił.
Biegające w pobliżu dzieci, też nie wiedziały nic na temat godzin otwarcia.
Podjeżdżały i odjeżdżały auta. W pewnym momencie zajechał rowerzysta, wziął z bagażnika reklamówkę i usiadł pod sklepem.
Był to dobry znak. Po jakimś czasie przyjechała właścicielka, jak się okazało równocześnie obsługująca i sklep i restaurację.
W momencie, gdy zamówiliśmy zupę pomidorową, zamknęła sklep. Po jakimś czasie pojawiła się spora grupa kajakarzy na obiad,
także zakupy na drogę nam się opóźniły. Ale Pani dość zorganizowana, szybko obsłużyła grupę, która zamówiła same drugie dania.
Pod sklepem zebrali się miejscowi, jedni mieli cierpliwość czekać, inni nie. Jak tylko sklep się otworzył, zrobiliśmy szybkie zakupy
na pozostałą część drogi i ruszyliśmy dalej.
Wychodząc z Głuska obejrzeliśmy z zewnątrz neogotycki kościół MB Częstochowskiej
oraz akurat remontowane skrzydło czworobocznego budynku dworskiego z XIX wieku, obecnie nadleśnictwo.
Kierowaliśmy się szlakiem żółtym w stronę jeziora Ostrowite, gdzie kiedyś korzystaliśmy z kąpieli.
Dochodząc do jeziora obejrzeliśmy jedno ze znajdujących się tu zgrupowań schronów.
Tuż przed jeziorem wyjrzeliśmy na mostek na
Kanale Głuchym.
Na wprost dość wąskiej i niestety akurat zajętej plaży znajduje się kolejne zgrupowanie fortyfikacji.
Szlak żółty podążał zachodnim brzegiem jeziora, dojścia do wody jednak nie było.
Dotarliśmy do drewnianej kładki przez jezioro, dawniej z widokiem na gniazda kormoranów.
Tu też zmieniliśmy szlak na zielony. Lasem doszliśmy do osady Ostrowite,
za którą znajduje się XIX-wieczny cmentarz ewangelicko-augsburski z ruiną kaplicy,
a prowadzi do niego zabytkowa Aleja Klonowa.
W związku z dość długą dziś trasą zrezygnowaliśmy z podejścia do Węgorni.
Zawróciliśmy, zielonym i niebieskim szlakiem przeszliśmy zabytkową Aleją Klonową i dalej wzdłuż
jeziora Czarnego.
To leśne jezioro bezodpływowe jest jednym z trzech w Polsce jezior meromiktycznych: posiada warstwy, które nigdy się nie mieszają.
Poniżej głębokości 13 metrów ich woda nie zawiera tlenu - żyją tu tylko beztlenowe bakterie produkujące siarkowodór
oraz inne utleniające siarkowodór do wolnej siarki.
Lekko zmęczeni wędrówką, a przede wszystkim głodni, w słońcu na polance przed rzeką Płociczną zrobiliśmy przerwę.
O dziwo minęli nas rzadko spotykani turyści.
Dalej las, grzyby i las, a co jakiś czas ogromne kamienne drogowskazy.
Obserwując szlaki malowane w DPN, jako "doświadczeni" znakarze dopatrzy-liśmy się drobnych nieprawidłowości,
chociażby niewłaściwa kolejność kolorów malowanych znaków.
Szlak niebieski nagle zakończył się w Jagodzie, jest tu tylko jedna chałupa, dziwne miejsce na jego początek.
Idąc szlakiem czarnym dotarliśmy do zachodniego krańca jeziora Długie i tam skręciliśmy w dość wyraźną drogę
bez szlaku biegnącą wzdłuż brzegu, aby dojść do Dłuska.
Wypatrzyliśmy na mapie wiejską plażę, postanowiliśmy podejść i odpocząć.
Nie przewidzieliśmy, że prowadzi do niej kilkadziesiąt stromych schodów, którymi wracając musieliśmy się wdrapać.
W samej miejsco-wości zerknęliśmy na bardzo ciekawy pałac z majątkiem z początku XX w.
Z Dłuska gruntowymi drogami bez szlaku doszliśmy już na nocleg.
Do sklepu mieliśmy prawie 3 km, więc skorzystaliśmy z na szczęście znajdującej się tu i jeszcze otwartej knajpki.
Dzień 3.
28 lipca 2025 rok.
Dzwonowo – Jeleni Róg - Pustelnia - Martwica - Martew – Tuczno. Wg GPS 36,2 km.
Fajne podczas takich wędrówek jest to, że budzimy się wcześnie bez budzika i jesteśmy wypoczęci. I tak też było dzisiaj.
Jeszcze mieliśmy chwilę do śniadania, jako jedyni goście mogliśmy poprosić o godzinę, na którą zostanie przygotowane.
Po posiłku ruszyliśmy, dzisiaj celem jest Tuczno. Na początek 3 km asfaltem DK22 do najbliższej miejscowości,
aby zrobić zakupy, później na trasie nie będzie żadnych sklepów. W Dzwonowie okazało się, że sklep otwiera się dopiero o godzinie 10.
Na szczęście 300 metrów dalej była stacja benzynowa,
gdzie mogliśmy zabezpieczyć prowiant na cały dzień.
Zawróciliśmy w kierunku szlaku. Zaczęło kropić, ale nie aż tak, aby założyć kurtki.
We wsi po drugiej stronie DK22 pomnik, niestety nie pokusiliśmy się, aby do niego podejść, już po powrocie dowiedzieliśmy się,
że to pozostałości cmentarza ewangelickiego.
Po wyjściu z Dzwonowa początkowo towarzyszył nam dziwnie wyznakowany szlak rowerowy,
strzałki skierowane w jednym kierunku jakby narzucały jazdę tylko w jedną stronę.
Troszkę się zagadaliśmy, a piękna, prosta i szeroka droga kusiła, żeby nią iść.
W ten sposób przegapiliśmy skręt w zarośniętą ścieżkę. Nie cofaliśmy się, na przełaj przez młodniaki i zarośla,
skrajem głębokiego wąwozu przeszliśmy na szlak, który biegł wzdłuż jeziora. Na słonecznej polance zrobiliśmy krótką przerwę.
Lasem dotarliśmy do Jeleniego Rogu zastanawiając się po drodze, czy będzie jak przejść przez Cieszynkę na prze-smyku między jeziorami.
Na zdjęciach mostek nad rzeką nie wyglądał ciekawie. Po dotarciu okazało się, że nic się nie zmieniło, strach było wejść,
ale nie mieliśmy wyboru. To już chyba ostatnie tchnienia mostku...
Zaraz za nim spotkaliśmy turystów, wymieniliśmy pozdrowienia. Ciekawe, jak oni przebrnęli przez to próchno.
Kawałek dalej złapaliśmy czerwony Szlak IV Dywizji Piechoty I Armii Wojska Polskiego, mieliśmy nim wędrować do samego Tuczna.
Droga raz typowo leśna, raz z kocimi łbami, doprowadziła nas do Pustelni, gdzie na parkingu leśnym zrobiliśmy przerwę.
Niestety do znajdujących się w pobliżu w lesie bunkrów, przynajmniej tak wynikało z mapy, nie było dojścia.
Ruszyliśmy dalej, z mostu na Płocicznej próbowaliśmy dojrzeć ruiny minielektrowni z 1920 roku,
w tym czasie mignęła przed nami niebieska strzała - zimorodek.
Szlak czerwony wspiął się schodami na strome zbocze, to wał
kanału Sicieńskiego,
Kanał Sicieński o długości 22 km zbudowano w latach 1811-1843 za sprawą Johanna Friedricha von Sydowa,
który był właścicielem dużej posiadłości ziemskiej w Głusku (Steinbusch).
Kanał zaczyna się przy jeziorze Sitno i biegnie ponad lustrami wody jezior prawym brzegiem Płocicznej aż do miejscowości Głusko,
gdzie nawadniał liczne łąki, na których wypasano stada bydła.
W 1944 r. na długim odcinku między jeziorami Sitno i Płociczno kanał wykorzystano jako element fortyfikacji polowej
Wału Pomorskiego, wykopując na zachód od kanału drugą linię rowów strzeleckich.
Podczas drugiej wojny światowej doszło do przerwania kanału w trzech miejscach koło Miradza i Głuska.
Przeprowadzony w latach 50. XX wieku remont polegający na pogłębianiu koryta zniszczył glinianą warstwę izolacyjną dna,
przez co przestał być on zdatny do użytku.
Pozostałości kanału są zabytkiem sztuki inżynierskiej.
Źródła:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Kana%C5%82_Sicie%C5%84ski
https://wal-pomorski.pl/dziedzictwo-regionu/kanal-sicienski/
https://www.kulturawlesie.pl/wp-content/uploads/2023/karty/Glusko-28.pdf
z wysokości lepiej było widać minielektrownię.
Sam kanał, mimo że trochę zarośnięty i suchy, sprawiał niesamowite wrażenie.
Na długich odcinkach miał jeszcze nieźle zachowany zarys, szczególnie dobrze widoczny na szerokich łukach.
Między drzewami prześwitywała rzeka Płociczna, a dalej jezioro Płociczno.
Miejscami ścieżka na koronie wału przebijała się przez zarośla, na zboczach kusiły też wielkie jeżyny,
ale to DPN, więc obeszliśmy się smakiem.
Wędrówka kanałem zaczęła nam się nieco dłużyć, ale od pewnego momentu naszą uwagę zwróciły wilcze kupy, zaczęliśmy je nawet liczyć,
a trochę ich tam było.
Opuściliśmy kanał, przeszliśmy z powrotem przez Płociczną i zrobiliśmy krótką przerwę na ściętych brzozach.
Szlak czerwony skręcił, aby przeprowadzić nas przez urokliwe wzniesienia położone wzdłuż jeziora Jamno
i przy okazji przez niezliczone pajęczyny.
Zostawiliśmy za plecami jezioro i zaczęły się kolejne fortyfikacje, najpierw przy samej drodze studnia forteczna.
Bliżej "Drewnianego Kamienia" obeszliśmy całą grupę forteczną.
Koło jednego ze schronów zrobiliśmy krótką przerwę, w tym czasie pojawiła się grupa eksploratorów fortyfikacji.
Widząc nas poprosili o poratowanie łykiem wody najmłodszego uczestnika eskapady, pomogliśmy.
"Drewniany Kamień" to skrzyżowanie schodzących się gwiaździście leśnych dróg,
a nazwa tego miejsca pochodzi od będącej częścią umocnień Wału Pomorskiego kamienno-drewnianej zapory, blokującej niegdyś jedną z dróg.
W tym miejscu znajduje się leśny parking z wiatą oraz pomnik upamiętniający leśniczego Stanisława Wojtczaka.
Dalej czerwony szlak prowadził wzdłuż jeziora Martwia. Oznaczony na mapie punkt widokowy był trochę zarośnięty, ale wiata odpoczynkowa była.
Dotarliśmy do dawnej osady Martwica i ruin leśniczówki Marthenberg, zostały z niej same schody i niedaleko dość głęboka studnia.
Skręciliśmy na wschód i wraz ze szlakiem wyszliśmy poza DPN, dosłownie zaraz za granicą parku piękne znaki zniknęły,
widać, że poza parkiem szlak dawno nie był odnawiany.
Na wejściu do wsi Martew znajduje się dawny cmentarz ewangelicki, jednak był tak zarośnięty, że na teren nie udało się wejść.
Pod dawną szkołą zrobiliśmy krótką przerwę,
gdzie jakiś kudłaty pieszczoch wykorzystał sytu-ację i nastawiał się na głaskanie.
We wsi obejrzeliśmy ukryty w drzewach XVII-wieczny kościół szachulcowy pw. Matki Boskiej Różańcowej.
Asfaltem powędrowaliśmy do Tuczna, po drodze mijając strzałkę kierującą do obozu ZHP Łódź-Polesie, w pobliżu którego będziemy przechodzić następnego dnia.
Dotarliśmy na nocleg.
W mieście jedyna knajpa nieczynna w poniedziałki. W sklepie na "Ż" nie chcieliśmy się na nic się skusić, zrobiliśmy podejście do kebabu,
ale to nie był dobry pomysł, zdecydowanie nie nasze smaki.
Zmęczeni wróciliśmy do pokoju obmyślać kolejne dni.
Dzień 4.
29 lipca 2025 rok.
Tuczno - Bralin - Biały Zdrój. Wg GPS 26,2 km.
Śniadanie, pakowanie i w drogę. Od rana słońce i lekkie zachmurzenie dające urok zdjęciom.
Później w ciągu dnia pojawiło się więcej chmur, na szczęście pod koniec znowu słoneczko zaczęło przygrzewać,
niestety do letnich temperatur było daleko.
Zaczęliśmy od tego, na co wczoraj nie starczyło nam sił
i czasu, czyli zwiedzenia Tuczna.
Minęliśmy tutejsze murale i instalacje, zerknęliśmy na budynek starej remizy OSP z 1897 roku
i dawnej szkoły wyznaniowej z początku XX wieku.
Potem był gotycki, XV-wieczny, kościół Wniebowzięcia NMP. Sama budowla robi wrażenie, ale jej stan wygląda dość smutno,
mury się sypią.
Wejście na teren
zamku Wedlów było zamknięte,
rzuciliśmy okiem zza bramy i później w kilku miejscach zza płotu. A jeszcze nie tak dawno była w nim restauracja i hotel.
Ogólnie miasteczko znajduje się nad pięknymi jeziorami, posiada ciekawe zabytki,
jest tu organizowany
Etno Tuczno Festiwal,
w pobliżu można oglądać fortyfikacje Wału Pomorskiego,
ale jednak jest niedocenione przez turystów, z tego powodu niedofinansowane i tak koło się zamyka.
Obchodząc zamek zbliżyliśmy się do kolejnego zabytku – kapliczki św. Jerzego z I połowy XVII wieku.
Na górce zza krzaków było ją trochę widać. Okazało się, że podejście do niej jest od ul. Rzecznej.
Na koniec skierowaliśmy się na powstały w drugiej połowie XVIII wieku cmentarz żydowski, niestety pozostało na nim niewiele macew.
Wróciliśmy pod młyn, tu zorientowaliśmy się, że żółty szlak powinien iść wzdłuż cmentarza,
jakieś jego mikre ślady zobaczyliśmy dużo dalej.
Cienką ścieżką wzdłuż jeziora Tuczno opuszczaliśmy miejscowość. Po drodze weszliśmy na pomost, z którego widać było kościół.
Początkowo gęsty las zaczął się zmieniać w wysoki jasny, może dlatego też w nim ZHP Łódź Polesie ma swoje obozowisko, które mijaliśmy.
Z praktycznie nieistnie-jącego żółtego szlaku weszliśmy na również zaznaczony tylko na mapie szlak czarny.
Lecz gdy tylko znaleźliśmy się na terenie DPN, pojawiły się piękne znaki.
Zaciekawieni nazwą skręciliśmy w stronę Głodnych Jeziorek, miało to być 5 dystroficznych, bezodpływowych,
zarastających dośrodkowo mszarami jezior. Poza dawnymi okopami, samych jeziorek z szlaku prawie nie było widać,
pewnie dawno nic nie jadły ;-)
Dotarliśmy do mostu na Runicy, spotkaliśmy tu dwóch odpoczywających turystów.
Za mostem my opuściliśmy DPN, a nas tradycyjnie opuściły znaki.
Skręciliśmy w drogę, na której miał być niebieski szlak.
Wędrowaliśmy lasem, gdzieniegdzie podjadaliśmy jeżyny, maliny, przyjemna trasa.
Co jakiś czas widzieliśmy numery "Dojazdów pożarowych", niestety ich numeracja się różni z tymi na mapy.com.
Przeszliśmy przez tory i przy moście nad rzeką Płociczną, na polance z pomostem zrobiliśmy dłuższą przerwę.
Przerwa była jednak nie za długa, mieliśmy informację, że na mecie jest sklep czynny tylko do godziny 17.
Podeszliśmy jeszcze na chwilę do efektownie wyglądającego mostu kolejowego nad Płociczną i ruszyliśmy szybszym krokiem.
Na drodze w stronę Nowej Studnicy mieliśmy propozycję podwózki, mina kierowcy przy odmowie była bezcenna.
W miejscowości znajduje się
Fundacja Benek ratująca zwierzęta,
niestety byliśmy w środku tygodnia, a możliwość odwiedzenia zwierząt jest tylko w weekend.
Zaraz za Nową Studnicą zrobiliśmy krótką przerwę przy moście na Korytnicy i dalej już wędrówka do miejsca docelowego.
W Białym Zdroju powitała nas wyrzeźbiona z drewna sowa stojąca w pobliżu dworku z końca XIX wieku.
Dworu pilnował pies, też jakiś taki nieruchomy.
Centrum wsi to zadbany trójkątny skwer z licznymi figurami i ławeczkami.
Do sklepu zdążyliśmy, zakupy na kolację i śniadanie uzupełniliśmy.
Wieczór chłodny, ale dało posiedzieć się na zewnątrz i zrelaksować po całym dniu, a przy okazji zarobić notatki do niniejszej relacji.
Dzień 5.
30 lipca 2025 rok.
Biały Zdrój - Dominikowo - Barnimie – Drawno. Wg GPS 30,2 km.
Wyruszyliśmy dość wcześnie około 7:30, poranek był chłodny, ale słoneczny.
Dofinansowaliśmy jeszcze miejscowy sklep drobnymi zakupami i ruszyliśmy.
Okazało się, że droga leśna za miejscowością jest asfaltowa, ale mało uczęszczana.
Wyznakowany na niej szlak zielony jak inne w okolicy wyglądał na dawno nieodnawiany.
Ze względu na nawierzchnię szliśmy dość żwawo.
Doszliśmy do dużego punktu odpoczynkowego z parkingiem, wiatą i miejscem na ognisko.
Kilka takich, ale mniejszych miejsc mijaliśmy po drodze.
Wokół znajdowały się tablice związane z historią nadleśnictwa.
Pierwotnie w planach mieliśmy podejście do znajdującego się w okolicy lapidarium cmentarza rodziny Siewert,
ale zobaczyliśmy jego zdjęcia na tablicach i podjęliśmy decyzję o niedokładaniu sobie drogi.
Dodatkowo zniechęcił nas brak wyznaczonej ścieżki do tego obiektu.
Dotarliśmy do miejsca biwakowego nad jeziorem Szerokim.
Camping leśny, sporo osób, dużo rodzin z dziećmi, a mimo to cisza i spokój.
Wokół dużo ptactwa, niektóre buszowały między, a nawet na namiotach i przyczepach.
U nas oczywiście moczenie nóg zaliczone, potem krótka przerwa na suszenie.
Przy jeziorze zmieniliśmy szlak na niebieski, którego też w rzeczywistości prawie nie było, a miał nam towarzyszyć do Dominikowa.
Trochę już zmęczeni zaczęliśmy szukać miejsca na popas.
Liczyliśmy, że nad jeziorem Krzywe Dębsko trafimy na dogodne dojście do wody, nic bardziej mylnego, brzeg był wysoki i zarośnięty.
Ostatecznie na półwyspie wypatrzyliśmy pomost wędkarski, na którym zatrzymaliśmy się na dłuższą chwilę.
Kolejną atrakcją na trasie było przejście przez Słopicę łączącą jeziora Krzywe Dębsko i Dominikowskie.
Do wyboru było pokonanie rzeki w bród lub po belkach, każde z nas przetestowało inny sposób.
Wędrując wzdłuż jeziora Domini-kowskiego próbowaliśmy wypatrzeć oznaczone na mapie cmentarzysko kurhanowe.
Widzieliśmy jakieś małe kopce, jednak do tej pory nie mamy pewności, czy to było właśnie to.
Im bardziej zbliżaliśmy się do miejscowości, tym więcej mijaliśmy miejsc kąpielowych, szkoda, że było chłodno.
Samo Dominikowo zrobiło na nas wrażenie ładnego wczasowiska, w sumie pierwszego na tegorocznej trasie.
Nad samym jeziorem pole namiotowe, sprzęt wodny, knajpki, z przyjemnością na chwilę przysiedliśmy.
Dalej przeszliśmy przez wieś z ciekawą zabudową.
Głównym zabytkiem jest tu kościół pw. Wniebowzięcia NMP z końca XVI wieku
z szachulcową wieżą z około 1630 roku, oraz znajdująca się obok kościoła drewniana dzwonnica.
Przy wyjściu z Dominikowa propozycja podwózki, grzecznie podziękowaliśmy.
Szlak niebieski jeszcze przed Dominikowem skręcił na skróty do Drawna, my asfaltem poszliśmy do Barnimia.
Po drodze malownicze łąki, krążące nad nami ptaki.
W Barnimiu podeszliśmy do XV-wiecznego kościoła pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa,
z drewnianą wieżą z przełomu XVII i XVIII wieku.
Dalej też asfaltem wędrowaliśmy do Podegrodzia i... po drodze kolejna propozycja podwózki.
Już nie wiemy jak odmawiać kierowcom.
Doszliśmy do Podegrodzia, na początku wsi trafiliśmy na opuszczony, malowniczy dwór z II połowy XIX wieku z fantastycznymi figurami w ogrodzie.
W internecie znaleźliśmy informacje, że jeszcze nie dawno tętnił życiem, a teraz jest na sprzedaż, troszkę się rozmarzyliśmy...
Skręciliśmy przy nim w stronę DPN,
mijając dawny cmentarz z ruinami kaplicy dotarliśmy do Drawy.
Zrobiliśmy krótki odpoczynek przy moście nad rzeką.
Ścieżką przyrodniczą wzdłuż Drawy skierowaliśmy się w stronę Drawna.
Koło pola biwakowego złapaliśmy czerwony szlak, który wprowadził nas do miasta.
No właśnie, do kolejnego miasta otoczonego pięknymi jeziorami, a w centrum po godzinie 18 nie mieliśmy gdzie zjeść.
Rzuciliśmy okiem na spichlerz z trzeciej ćwierci XIX wieku, minęliśmy pomnik XXX-lecia wyzwolenia Ziemi Drawień-skiej,
weszliśmy na Górę Zamkową z ruinami zamku Wedlów z przełomu XIV i XV wieku, przeszliśmy przez Stare Miasto,
obejrzeliśmy XV-wieczny gotycki kościół pw. Matki Boskiej Nieustannej Pomocy
i na koniec stanęliśmy przed fontanną z trzema żurawiami wzbijającymi się do lotu.
Po przejściu około 1 km dotarliśmy na nocleg. Tu uratował nas znajdujący się w pobliżu plaży bar
"Owocowy Sad".
Panie już właściwie zamykały, ale widząc padniętych turystów powiedziały, że głodnych nas nie wypuszczą.
Bar zaserwował nam przepyszne wytrwane naleśniki, które pałaszowaliśmy zgodnie z nazwą baru w sadzie,
najedliśmy się za wszystkie czasy.
W pobliskim sklepie zrobiliśmy zakupy na śniadanie i wróciliśmy na bazę odpocząć.
Szkoda, że Drawno nie wykorzystuje swojego potencjału turystycznego.
A planując urlop uważaliśmy, że to będzie jedna z tych miejscowości, gdzie poczujemy klimat jak na jeziorach mazurskich.
Dzień 6.
31 lipca 2025 rok.
Drawno - Nętkowo - Recz – Sokoliniec – Ognica. Wg GPS 37,2 km.
Dzisiaj przed nami jedna z dłuższych tras. Od rana było dość ładnie, choć do letnich temperatur daleko.
Uzupełniliśmy zakupy tak, aby wystarczyło nam prowiantu do Recza i ruszyliśmy w drogę.
Wychodząc z Drawna obejrzeliśmy jeszcze pozostałość po cmentarzu ewangelickim, znajdującym się w pobliżu cmentarza komunalnego.
Przy nim, na miejscu dawnego pomnika ku czci poległych Niemców w I wojnie światowej,
ustawiono Kamień Pojednania polsko-niemieckiego.
Przy siedzibie Drawieńskiego Parku Narodowego złapaliśmy czerwony szlak im. Hetmana Stefana Czarnieckiego.
Idąc jakiś czas asfaltem minęliśmy odchodzącą w prawo zabytkową aleję lipową.
Wraz z wejściem w las nawierzchnia drogi zmieniła się w gruntową.
Zieloną ścieżką dydaktyczną weszliśmy na Czarne Torfowisko.
Drewniana kładka miała doprowadzić nas do serca rezerwatu, jednak aktualnie torfowisko było tylko z nazwy,
jego teren był przeraźliwie suchy.
Wróciliśmy na słabo wyznakowany czerwony szlak.
Trafiły nam się kłody idealne do zrobienia krótkiej przerwy. Chwilę wygrzaliśmy się w słońcu i dalej wędrówka leśną drogą,
która przed samym Kraśnikiem wyprowadziła nas na rozległe łąki.
W samej miejscowości uwagę przykuwają resztki samotnie stojącego komina, prawdopodobnie pozostałości gorzelni.
Za Kraśnikiem, w okolicy krzyża lekka zmyłka, na szczęście dość szybko zorientowaliśmy się, że droga za bardzo skręca w lewo.
Wróciliśmy na czerwony szlak, który w terenie nie istnieje. Wędrując łąkami dotarliśmy do Nętkowa
z malowniczymi ruinami ewangelickiego kościoła z 1897 roku.
Przed kościołem krzyż - pozostałość przykościelnego cmentarza.
Po obejrzeniu ruin zrobiliśmy dłuższą przerwę na przystanku autobusowym.
Wprawdzie naprzeciw kościoła jest sklep, ale z sześciogodzinną przerwą w ciągu dnia, na którą akurat trafiliśmy.
Byliśmy obserwowani przez miejscowe dziewczynki, które szeptały między sobą, że
oni przyszli tu na piechotę.
Przed nami kilka kilometrów asfaltu do Recza, zaczęło się chmurzyć.
Na teren starego miasta weszliśmy XVI-wieczną basztą Drawieńską, rzuciliśmy okiem na znajdującą się obok czatownię z XV wieku.
Idąc wzdłuż pozostałości murów miejskich doszliśmy w pobliże gotyckiego kościoła pw. Chrystusa Króla.
Świątynia była otwarta, skorzystaliśmy i obejrzeliśmy wnętrze.
Znajdująca się obok szachulcowo-murowana organistówka była akurat w remoncie.
Przeszliśmy przez rynek i punktualnie o godz. 14 stanęliśmy przed namierzoną pizzerią, która właśnie się otwierała.
Pizza niestety nie była dostępna od ręki, ale skorzystaliśmy z innych dań.
Gdy najedzeni wychodziliśmy zaczęło padać.
Uzupełniliśmy zapasy na dalszą drogę i wyszliśmy z miasta koło baszty Choszczeńskiej. Niestety, coraz mocniej padało.
Opuszczaliśmy Recz ruchliwą DK 10, z której po chwili zeszliśmy na nieistniejący zielony szlak Wzniesienia Moreny Czołowej.
Po wyjściu z lasu, mimo padającego deszczu, rozpościerały się przed nami przepiękne widoki.
Dotarliśmy do Sokolińca, największy deszcz udało nam się przeczekać na ławeczce znajdującej się za sklepem.
We wsi znaleźliśmy bardzo zarośnięte ruiny pałacu z 1862 roku, obejrzeliśmy też kościół św. Józefa z 1889 roku z wieżą z XV wieku.
Na końcu miejscowości minęliśmy boisko UKS Sokół Sokoliniec. Zielony szlak nadal tylko na mapie.
Polne, a na samym końcu leśne drogi doprowadziły nas do asfaltu, którym mieliśmy dotrzeć do Ognicy - miejsca naszego noclegu.
Po drodze zerknęliśmy na jezioro Sierakowskie.
Przy stacji kolejowej Ognica przeszliśmy przez tory, akurat przejeżdżał pociąg, więc rzucił nam się w oczy brak sygnalizacji świetlnej na przejeździe kolejowym.
We wsi kościół filialny pw. św. Apostołów Piotra i Pawła wzniesiony około 1600 roku,
za nim nieistniejący zielony szlak skręcał do Szadzka, my wędrowaliśmy dalej szosą prawie pod Dobrzany.
Końcówka bardzo nam się dłużyła. Widoki umilało stadko żurawi.
Zmęczeni dotarliśmy na bazę.
Wieczorem próbowaliśmy posiedzieć na zewnątrz, niestety zrobiło się dość zimno i dzięki temu wcześnie poszliśmy spać.
Dzień 7.
1 sierpnia 2025 rok.
Ognica – Szadzko – Dobrzany - Ińsko. Wg GPS 28,2 km.
Kolejna dobra noc z twardym snem za nami. Pożegnaliśmy się z Gospodynią, psem Hektorem oraz całym tutejszym ZOO,
które można było podziwiać przy agroturystyce i ruszyliśmy w stronę Szadzka.
Od rana było chłodno i pochmurnie, ale jeszcze nie padało.
Nad jeziorem Szadzkim minęliśmy widoczne w oddali grodzisko i po chwili weszliśmy do miejscowości.
W Szadzku najpierw rzuciła nam się w oczy lipa olbrzym św. Ottona o obwodzie 7,5 metra.
Następnie podeszliśmy do ruin kościoła z XV wieku i znajdującego się przed nich obelisku z żeliwnymi tablicami upamiętniający mieszkańców
poległych podczas I wojny światowej.
Zawróciliśmy przy malutkim budynku z dużym napisem MUZEUM, niestety było zamknięte.
Z Szadzka wychodziliśmy zaznaczonymi na mapie szlakami czerwonym i zielonym, mijając pozostałości położonego nad jeziorem Szadzkim zamku.
Prawdę mówiąc widać było tylko zarys bastionów, ale nic dziwnego, od końca XVIII wieku murowane resztki po budowli
były wykorzystane jako źródło budulca.
Przed Dobrzanami zeszliśmy ze szlaków w boczną drogę tak, żeby oglądając miasto uniknąć marszu tam i z powrotem.
Na końcu drogi pojawiła się tablica "Teren prywatny", na szczęście mogliśmy kontynuować wędrówkę ścieżką nad odnogą Pęzinki.
W centrum obejrzeliśmy XVIII-wieczny kościół św. Michała Archanioła, była możliwość zajrzeć do wnętrza.
Dalej na trasie mieliśmy neogotycko-secesyjny ratusz, akurat trafiliśmy na remont.
Zrobiliśmy zakupy na drugie śniadanie i na znajdującym się nieopodal sklepu skwerze zrobiliśmy krótką przerwę na konsumpcję,
podczas której byliśmy obserwowani przez policjantów, czy aby nie popijamy kiełbasek czymś zakazanym.
Stanęliśmy w pobliżu cmentarza, w miejscu gdzie kiedyś przebiegała Stargardzka Kolej Wąskotorowa,
zastanawiając się nad lokalizacją pomnika poległych podczas I wojny światowej.
Wtedy zagadała do nas przechodząca Dobrzanianka podpowiadając, którędy wejść na nekropolię i jak znaleźć pomnik.
Stąd skrótami wyszliśmy na skraj Dobrzan, gdzie złapaliśmy zielony szlak prowadzący do Ińska.
Rozpogodziło się, więc na łąkach za miejscowością zrobiliśmy dłuższy popas wylegując się na trawie.
Po przerwie ruszyliśmy, początkowo leśną drogą, później widokową szosą. Na początku doszliśmy do grodziska Kozy
(jedno z dwóch znajdujących się w pobliżu tej wsi), które wypatrzyliśmy i odwiedziliśmy przed wieloma laty.
Grodzisko z szosy jest mało widoczne, ale gdy się na nie wejdzie, to można podziwiać wyraźny pierścień obwałowań ze stromymi stokami.
Dalej wędrowaliśmy drogą betonową, kolejny raz na urlopie mięliśmy propozycję podwózki, ale kuszą nas w tym roku.
Po wyjściu z lasu podziwialiśmy malownicze wzgórza na prawo od szosy,
gdy wyprzedziła nas grupa rowerzystów.
Dotarliśmy do pola namiotowego nad jeziorem Okunie, a na miejscu żywej duszy, może pogoda nie zachęcała turystów do biwakowania?
W połowie drogi między jeziorami Okunie a Stubnica, w pobliżu krzyża z odblaskami, spotkaliśmy samotnego wędrowca,
wyglądał na przygotowanego do noclegu w terenie.
Widząc na mapie zaznaczoną restaurację postanowiliśmy skręcić do ośrodka wypoczynkowego znajdującego się przy
Półwyspie Ciemnickim wcinającym się w jezioro Stubnica, a nóż widelec będzie można coś zjeść.
Na półwysep prowadziła dość stromo opadająca droga.
Weszliśmy na teren bardzo ładnie położonego ośrodka, było tu pełno dzieciaków, ale i czynna restauracja.
Niestety, obsługująca nas Pani powiedziała, że rowerzyści (którzy nas wcześniej mijali) zjedli ostatnie dania obiadowe.
Na szczęście można było jeszcze zamówić dobrą zapiekankę i złocisty napój.
Po odpoczynku wróciliśmy na szlak, leśnymi drogami wędrowaliśmy wzdłuż jeziora.
W pewnym momencie nie obyło się bez peleryn, chociaż pogoda była bar-dzo zmienna, cza-sami jednocześnie i padało, i świeciło słońce.
Na drugim końcu jeziora Stubnica szlak przeskoczył na szosę DW151, my zdecydowaliśmy się wędrować do Ińska polnymi drogami.
Chwilę później znaleźliśmy plażę, a że akurat nic nam głowę nie leciało, skorzystaliśmy z kąpieli.
Doszliśmy do Ińska, zostawiliśmy rzeczy na noclegu i poszliśmy szukać czegoś do jedzenia, na szczęście bardzo blisko była pizzeria.
Nad jeziorem była zaznaczona jeszcze smażalnia, ale nie mieliśmy pewności, czy jest czynna.
Zostaliśmy w pierwszym lokalu i chyba dobrze zrobiliśmy, bo chwilę później dosyć mocno lunęło.
Najedzeni zdecydowaliśmy się pospacerować jeszcze po mieście.
Z promenady nad jeziorem Ińskim przeszliśmy do wieży widokowej, na którą można było wjechać windą.
Trafiliśmy akurat na zachód słońca.
Dzień 8.
2 sierpnia 2025 rok.
Ińsko - Dłusko - Kowale – Podlipce - Węgorzyno - Wiewiecko. Wg GPS 32,4 km.
Tam gdzie nocowaliśmy, nie mieliśmy warunków na skonsumowanie śniadania,
więc naszym starym zwyczajem zrobiliśmy zakupy,
znaleźliśmy (mokrą) ławkę na promenadzie nad jeziorem Ińsko i zjedliśmy zakupiony prowiant w miłym towarzystwie kaczek.
Nadrobiliśmy zwiedzanie Ińska podchodząc do dworca kolejki wąskotorowej z przełomu XIX i XX wieku.
Obeszliśmy budynki, a przy "Krzyżu kolejarzy" zainteresowała się nami Pani, która opowiedziała nam historię odrestaurowania dworca.
Zachęcała nas też, aby poczekać na jej męża, który oprowadza po Izbie Pamięci.
Niestety, ze względu na długość trasy odmówiliśmy, bo oczekiwanie miało trochę potrwać.
Winda na wieżę widokową znowu nas skusiła, jednak szare niebo spłaszczyło nam widok.
Szliśmy wzdłuż jeziora Ińskiego w stronę plaży, gdzie wiele lat temu nocowaliśmy pod namiotem.
Minęło tyle czasu, że mało co sobie przypominaliśmy z poprzedniego pobytu, tyle, że wtedy też padało i było pochmurnie.
Minęliśmy pomnik Poległych w Wojnach Światowych i dotarliśmy do plaży.
Mało tu życia, kręciło się parę osób, jakaś młodzież mimo chłodu korzystała z wody.
Trochę się zmieniło, rozbudowało, a część budynków nie przetrwała, nie zlokalizowaliśmy miejsca gdzie kiedyś rozbijaliśmy namiot.
Po opuszczeniu Ińska naszła nas refleksja, że to kolejna miejscowość w tym rejonie z pięknym jeziorem,
a tak niedoceniona turystycznie. Na pewno podczas
Ińskiego Lata Filmowego
są tu tłumy, jednak to tylko kilka dni w sezonie.
Kontynuowaliśmy wędrówkę zielonym szlakiem Wzniesień Moreny Czołowej biegnącym wzdłuż jeziora, najpierw przez rezerwat Kamienna Buczyna.
Kiedy tylko była możliwość, wyglądaliśmy z pomostów na jezioro.
Na ścieżce co jakiś musieliśmy pokonywać przeszkody - powalone drzewa lub zarośla,
jednak były wydeptane ścieżki obejściowe, więc ktoś tędy co jakiś czas wędruje.
Przy skręcie szlaku zrobiliśmy krótką przerwę na drugie śniadanie, wtedy zaczęło padać, więc konsumowaliśmy w pelerynach.
Przeszliśmy skrajem dwóch kolejnych rezerwatów: Źród-liskowe Zbocza i Głowacz,
po czym wyszliśmy na łąkę z jeżynami, malinami i żurawiami.
Przed Dłuskiem próbo-waliśmy znaleźć gdzieś suche miejsce na odpoczynek, ale bez powodzenia.
Na wejściu do miejscowości minęliśmy dawne, rozległe założenia folwarczne.
W dalszej części Dłuska początkowo myśleliśmy, że na bramie gospodarstwa stoi sztuczny bocian.
Po chwili najpierw zlatując na drogę, a później szybując nam tuż nad głowami udowodnił, że jest jak najbardziej żywy.
Naprzeciw gospodarstwa z bocianem, na górce ruina barokowego kościoła i stary przykościelny cmentarz,
niestety obiekty z zakazem wstępu.
W Dłusku złapaliśmy niebieski szlak, a za miejscowością znaleźliśmy miejsce na krótki odpoczynek.
Lasami wędrowaliśmy do miejscowości Kowale, tuż przed nią, jeszcze w lesie, dołączył do nas sporej wielkości wilczur.
W pierwszym momencie zastanawialiśmy się, jak się wobec niego zachować.
Pies zaprowadził nas do wsi mimo, że powinniśmy skręcić w drugą stronę.
Ale dzięki temu odprowadziliśmy Azora do gospodarstwa, bo chyba chciał z nami wędrować, a nie mieliśmy aż tyle prowiantu...
Wróciliśmy na szlak. Opuszczając Iński Park Krajobrazowy wyszliśmy z lasu.
Tu rzuciła nam się w oczy rosnąca na poboczu dziwna roślina, trochę jak obiekt z horroru, dłoń nieboszczyka wyłaniającą się z ziemi...
Po sprawdzeniu okazało się, że to dość rzadki w Polsce grzyb,
okratek australijski,
posiadający nieoficjalną nazwę "Palce diabła".
Podobno w początkowej fazie rozwoju, gdy jest jeszcze w białej osłonce, przypomina jajo węża, stąd inne nazwy
"Czarcie jajo" lub "Leśne oko Saurona".
Asfalt przez Podlipce doprowadził nas do Węgorzyna. Zaczęło się rozpogadzać.
Podeszliśmy do XV-wiecznego, wielo-krotnie przebudowywanego kościoła Wniebowzięcia NMP.
Przechodząc przez rynek zwróciliśmy uwagę na gromadę ludzi na przystanku.
Okazało się, że to goście weselni oczekujący na parę młodych, później biesiadujący w tej samej knajpce,
w której w drugim pomieszczaniu my zjedliśmy pyszny obiad.
W rynku zobaczyliśmy zaprojektowany przez Sławomira Lewińskiego pomnik Żołnierza Polskiego, odsłonięty
"W dwudziestą rocznicę odzyskania Ziem Nadodrzańskich".
Według pierwotnych koncepcji monument miał stanowić część pomnika na cmentarzu wojennym w Siekierkach.
Zatrzymaliśmy się na wspomniany obiad, nabraliśmy energii na dalszą wędrówkę.
W Węgorzynie musieliśmy zrobić zakupy na kolację i na cały kolejny dzień,
także ostatnie kilometry wędrówki mieliśmy z większym obciążeniem.
Koło dworca kolejowego, na skrzyżowaniu ulic Jagiellońskiej i Przemysłowej, miał znajdować się ciekawy stary drogowskaz,
nie udało nam się go zlokalizować.
Z miasta początkowo wychodziliśmy asfaltem wzdłuż jeziora Węgorzyno, gdzieś w oddali widzieliśmy tutejsze kąpielisko z plażą.
Za Alinowym Wzgórzem z malowniczym punktem widoko-wym opuściliśmy niebieski szlak i skręciliśmy na gruntową drogę.
Mieszkańcy mijanych po drodze zabudowań co jakiś czas pytali, dokąd zmierzamy.
Po odpowiedzi słyszeliśmy wiele rad, którędy najlepiej iść, a koło przejazdu pojawiła się nawet propozycja podwózki.
Dotarliśmy do
"Berlinki"
z ukrytymi w zaroślach ruinami niedokończonego wiaduktu i dalej lasem dreptaliśmy, zmęczeni, na nocleg.
Coraz bardziej się rozpogadzało.
W Wiewiecku minęliśmy "Białą Damę" i wylądowaliśmy na noclegu, który okazał się być ciekawym miejscem,
z dala od zgiełku, z atrakcjami i mini ZOO, zrobiliśmy spacer oglądając jego "mieszkańców".
Widać było, że właściciele całe serce oddają temu miejscu.
Wieczorem, w towarzystwie wielkich psów zdaje się wilczarzy, zasiedliśmy w altanie i obejrzeliśmy zdjęcia z dzisiejszego dnia
wypisując najważniejsze punkty do relacji. Potem padliśmy... Na szczęście psy zostały na zewnątrz.
Dzień 9.
3 sierpnia 2025 rok.
Wiewiecko – Woliczno – Mielenko Drawskie Kolonia – Mielenko Drawskie – Gudowo. Wg GPS 21,9 km.
Wyspani, po śniadaniu, postanowiliśmy jeszcze raz obejrzeć zwierzęta mieszkające w ZOO.
Spotkaliśmy właściciela, który traktorem rozwoził im jedzenie, zatrzymał się na rozmowę i wysłuchaliśmy historię tego miejsca.
Wszystkie zwierzaki słysząc silnik traktora krzyczały po swojemu "daj jeść", więc za długo nie porozmawialiśmy.
Wyruszyliśmy na trasę. Początkowo asfaltem przez wieś, gdzie przemknęły wystraszone, a na pewno zaskoczone nami sarny.
Przy stacji PKP Wiewiecko złapaliśmy czarny Szlak Drawskich Grodzisk Wczesnośredniowiecznych.
To pierwszy dzień, kiedy podczas naszej wędrówki szlaki poza parkiem narodowym wyglądały na odnowione.
Minęliśmy ruiny dawnej sortowni żwiru, nagle słyszymy jadące za nami auto, okazało się, że to straż leśna.
Niestety, leśniczy nie poinformował nas, że na czarnym szlaku czeka na nas "niespodzianka".
Zaczęło padać. Po nasypie znajdującym się z drugiej strony leśnego jeziorka przejechała kolej regionalna.
Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy jechaliśmy tą trasą, ale nie, to nie ten kierunek.
Dotarliśmy do miejsca, w którym odchodził żółty szlak łącznikowy.
Ze względu na deszcz, strome podejście z ciężkimi plecakami i sandałami na nogach odpuściliśmy sobie wejście.
Poza tym z mapy nie wynikało, co znajduje się na górze, a ze względu na bujną roślinność i tak pewnie nie wiele tam widać o tej porze roku.
Szlak czarny skręcił w stronę torów, patrzymy, a tu wykrzyknik.
Początkowo myśleliśmy, że w tym miejscu mamy przejść na dziko przez tory, ale las pokrzyw i innych zarośli
oraz przejeżdżający przed nosem pociąg zniechęciły nas do podjęcia próby.
Wróciliśmy na drogę i rozglądaliśmy się, co dalej zrobić.
Okazało się, że w tym miejscu szlak szedł jeszcze po naszej stronie, ale trochę bliżej torów.
Ścieżka, nawet jeśli kiedyś była, to zarosła tak, że praktycznie przestała istnieć.
Przedzierając się przez krzaki doszliśmy do skarpy nad torami,
a tam hak wskazujący skręt i przejście na drugą stronę torowiska.
Stanęliśmy nad stromym zejściem, przejechał kolejny pociąg.
Z mapy wynikało, że nie było wyjścia i musieliśmy się jakoś przedostać.
Mniej więcej domyślaliśmy się, gdzie ten szlak ma wyjście z drugiej strony.
Zjechaliśmy na tyłkach po zboczu, peleryny nam to trochę ułatwiły.
Nie bez trudności przeszliśmy przez podwójny tor i w pokrzywach po drugiej stronie szukaliśmy przejścia.
Rzuciła nam się w oczy cienka ścieżka (ktoś jednak tu chodził), która idealnie doprowadziła nas do czarnego znaku.
Latem chodzimy w krótkich spodniach, więc pokrzywy jeszcze długo nas piekły...
Chwilę później, przed dawną osadą Łobzów, zmieniliśmy czarny szlak pieszy na czerwony rowerowy.
Ruin samej osady nie szukaliśmy, padało, a po przejściach z torami nie mieliśmy chęci wchodzić na zarośnięte wzniesienie, gdzie ponoć miało coś pozostać.
Minęliśmy rzeczkę Brzeźnicka Węgorza i wzdłuż torów doszliśmy do Brzeźnicy, wioski widmo.
Na wejściu jeszcze stojący XVIII w. kościół filialny pw. Matki Bożej Królowej Polski z dawnym cmentarzem.
Potem idąc przez wieś obserwowaliśmy opuszczone domy, chociaż przy niektórych stały rusztowania, tak jakby ktoś jednak inwestował w to miejsce.
W Brzeźnicy złapaliśmy zielony Szlak Jezior Drawskich.
Za wioską, na kamieniu pod starą lipą, zrobiliśmy przerwę, deszcz na trochę odpuścił.
Podczas konsumowania minął nas samochód, pasażer przez okno pożyczył smacznego, jak się później okazało jechali grzybiarze.
Po odpoczynku dalej w drogę. Spotkaliśmy turystki z psiakami, które chwilę wcześniej obserwowały stado koni.
Piękne rumaki widząc nas w pelerynach najpierw zaczęły nas niespokojnie obserwować, aż w końcu pogalopowały.
Wrażenie niesamowite, słysząc tętent dostawaliśmy gęsiej skórki.
Idąc dalej spotkaliśmy wspomnianych wcześniej grzybiarzy.
Skręciliśmy w stronę ruin młyna Kołatka.
Wszystko było tu zarośnięte, więc nie przechodziliśmy już przez rzeczkę, żeby poszukać pozostałości.
Wróciliśmy na szlak, na podejściu minęła nas grupa na crossowych motocyklach.
Za nimi ponownie przejechali grzybiarze, którzy,
gdy ich po jakimś czasie znowu spotkaliśmy zapytali, czy widzieliśmy konkurencję.
Zbliżyliśmy się do głębokiej rynny, której dnem płynie rzeka Brzeźnicka Węgorza mająca tutaj charakter górskiej rzeki, tworząca liczne kaskady i małe wodospady.
Niesamowite jak natura potrafiła coś takiego wyżłobić.
Aby uniknąć fragmentu szlaku puszczonego ruchliwą DK22 postanowiliśmy przejść dostrzeżoną na mapie drogą między stawami.
Teren zagospodarowany wydawał się być prywatny, ale nie było żadnego ostrzeżenia, więc zaryzykowaliśmy wejście.
Nad stawem wędkarka powiedziała, że da się przejść.
Przechodząc koło zabudowań już po drugiej stronie trafiliśmy prawdopodobnie na właściciela, który zapytał tylko, czy szukamy drogi.
Okazało się, że na "krajówce" chwilę wcześniej był wypadek, zaczął się tworzyć spory korek.
My przemknęliśmy między autami i po drugiej złapaliśmy zielony szlak.
Przy punkcie odpoczynkowym nad jeziorem Czaple Małe spotkaliśmy widzianych wcześniej motocyklistów, skomentowali, że mamy niezłe tempo.
Przez chwilę szliśmy wzdłuż Centrum Szkolenia Wojsk Lądowych Drawsko, drogą pośród pól i łąk doszliśmy do Woliczna,
gdzie ostatni już raz minęli nas crossowcy.
We wsi XVIII-wieczny kościół ryglowy pw. Imienia Maryi z cmentarzem i grobem rodzinnym von Borcke.
Dwór niestety był niedostępny, znajdował się za płotem. Za miejscowością zrobiliśmy krótką przerwę. Trochę kropiło.
Idąc przez kopalnię żwiru dotarliśmy najpierw do Mielenka Drawskiego Kolonii,
na głównym skrzyżowaniu zielonego dołączył czarny szlak Drawskich Grodzisk Wcze-snośredniowiecznych, którym już rano dreptaliśmy.
Dalej mijając trasę czołgów i podziwiając już z daleka zbudowany w latach 1662-1667 szachulcowy kościół ewangelicki pw. Matki Bożej Królowej Polski doszliśmy do Mielenka Drawskiego.
Poza kościołem znajduje się tu jeszcze, aktualnie remontowany, dwór z przełomu XIX/XX wieku.
Na końcu miejscowości dawno zamknięty i opuszczony sklep.
Idąc asfaltem przeszliśmy nad Drawą, potem zielony szlak skręcił, żeby zrobić kółko przez półwysep nad jeziorem Lubie, my już na skróty szosą dotarliśmy do Gudowa.
Zostawiliśmy rzeczy na bazie i z nadzieją poszliśmy do sklepu, który jednak okazał się być zamknięty, w końcu dziś niedziela.
Na szczęście w znajdującym się w pobliżu ileś tam gwiazdowym hotelu była restauracja.
Mimo naszego wyglądu bardzo różniącego się od reszty gości: "zmęczony" marszem ubiór i sandały, odrapane nogi, udało nam się zjeść obiad na tarasie z widokiem na jezioro Lubie.
Wracając na bazę wyjrzeliśmy jeszcze na opustoszałą plażę. Poszliśmy szybko spać.
Dzień 10.
4 sierpnia 2025 rok.
Gudowo – Suliszewo – Dalewo – Drawsko Pomorskie – Gudowo. Wg GPS 23,7 km.
Od rana padało, nie było jak wyściubić nosa za drzwi. Dzisiaj na szczęście pętelka, więc można wziąć prawie pusty plecak.
Na działce obok rozpoczęto wykopy pod budowę, mieliśmy więc dodatkową motywację do szybkiego wymarszu.
Wykorzystując chwilę bez deszczu ruszyliśmy.
Najpierw zaliczyliśmy gudowski wreszcie otwarty sklep.
Zrobiliśmy zakupy na trasę i skorzystaliśmy ze znajdujących się przed budynkiem ławeczek, przy okazji dyskutując z miejscowymi.
Dowiedzieliśmy się, że sklep będzie czynny do godziny 20, więc na kolację będziemy mogliśmy zaopatrzyć się po powrocie.
Szliśmy lokalną asfaltową drogą w stronę Suliszewa, mając po obu stronach piękne widoki, pofalowane łąki i wędrujące po nich żurawie.
Jaka szkoda, że nie było słońca, przez szare chmury wszystko straciło kontrast, zrobiło się płaskie...
W Suliszewie szlak rowerowy, którym podążaliśmy, miał zaraz za torami skręcić w prawo, niestety były tam same zarośla.
Podeszliśmy kawałek dalej, gdzie odchodziła droga w kierunku założenia pałacowo-parkowego.
Sam obiekt, pałac rodziny von Knebel-Döberitz z drugiej połowy XIX wieku, był ogrodzony, stały tu nawet tabliczki "Zakaz fotografowania bez zgody właściciela".
Ominęliśmy go przechodząc przez trochę zaniedbany park, aby dojść do Pomnika Przyrody "Aleja Ksawerego".
Jest to malownicza aleja składająca się z 201 grabów, obwody pni niektórych egzemplarzy osiągają od 1,5 m do 2,2 m, co stanowi wyjątkowy wynik jak dla tego gatunku.
Jeszcze bardziej żałowaliśmy, że nie ma słońca, ale i tak, mimo pochmurnego dnia, aleja zrobiła na nas niesamowite wrażenie.
Dotarliśmy do centrum miejscowości, tam zerknęliśmy na zbudowany w XVIII i przebudowany w XIX wieku szachulcowy kościół ewangelicki pw. Chrystusa Króla.
A po drugiej stronie przebiegającej przez wieś DK20 sklep z wieloma ławeczkami, w dobrych czasach obok znajdował się bar.
Skorzystaliśmy, zrobiliśmy przerwę na drugie śniadanie.
Pomaszerowaliśmy dalej asfaltem w kierunku Dalewa, podziwiając pomnikowy dąb szypułkowy o obwodzie 465 cm, nazywany przez mieszkańców "Antek"
(od imienia najstarszego mieszkańca Suliszewa - Antoniego Więckowskiego).
Z gniazd na pobliskich dachach i słupach ener-getycznych przyglądały nam się bociany.
Przeszliśmy nad Drawą, przy moście nad rzeką mała przystań kajakowa,
i wkroczyliśmy do kolejnej miejscowości.
Na końcu Dalewa i asfaltu dwa ciekawe zabytki, pierwszy to szachulcowy kościół pw. Św. Stanisława Kostki z końca XVIII wieku, obecnie nieczynny, zarośnięty, o bardzo nietypowej formie.
Naprzeciw neobarokowy pałac zbudowany 1 połowie XIX wieku, aktualnie są w nim mieszkania.
Przed nami polna droga i widoki. W pewnym momencie zauważyliśmy dużego ptaka siedzącego na drzewie.
Spłoszony naszą obecnością wzbił się w powietrze i wówczas oprócz jego wielkich skrzydeł dostrzegliśmy biały ogon, to bielik, co za spotkanie!
Znowu przeszliśmy przez Drawę, na szczęście był most (a nie było to tak do końca pewne) i weszliśmy w jeszcze bardziej polną drogę,
która po jakimś czasie zaczęła robić się coraz bardziej mokra.
Skończyło się na tym, że na boso kilkaset metrów brodziliśmy w wodzie, która momentami sięgała nam po kolana.
Padające ostatnio deszcze spowodowały, że Drawa rozlała się na łąki.
Przy grodzisku złapaliśmy żółty szlak łącznikowy Drawskich Grodzisk Wczes-nośredniowiecznych,
przy pierwszych zabudowaniach można było już założyć buty.
Po chwili przerzuciliśmy się na czarny szlak, którym kolejny raz pokonaliśmy Drawę.
Wzdłuż ścieżki, którą szliśmy, obficie rósł barszcz Sosnowskiego.
Weszliśmy do Drawska Pomorskiego, na DK20 skręciliśmy w prawo do cmentarza wojennego, tu znowu zaczęło padać.
Wróciliśmy w stronę centrum miasta, gdzie w pierwszej kolejności zaczęliśmy poszukiwać obiadu.
Trafiliśmy na bar mleczny u Iwony, kolejka wskazywała, że będzie dobrze i jak się okazało tanio.
Mimo tłumu udało się usiąść.
Przestało padać, a my najedzeni kontynuowaliśmy zwiedzanie.
Podeszliśmy do kościoła pw. Zmartwychwstania Pańskiego z przełomu XIV/XV i przebudowywanego w XIX wieku.
Obok znajduje się unikatowy ryglowy magazyn soli z około 1700 roku, aktualnie siedziba muzeum regionalnego.
W środku nasze plecaki wzbudziły zainteresowanie, chwilę rozmawialiśmy z Panią na temat naszych podróży i jej wędrówek z kijkami.
Przed wyjściem pamiętaliśmy o pieczątkach.
Doszliśmy do czołgów T-34, na kamienicy przy ul. Pocztowej ciekawostka, pod tynkiem zachował się stary drogowskaz kierujący na Świdwin.
Znaleźliśmy
willę Metzlera,
Willa Metzlera
Budynek został wzniesiony w 1906 roku jako dom mieszkalny dla rodziny Otto i Elisabet Metzler.
Autorem projektu domu był Walter Gropius.
W swoi projekcie zastosował tradycyjną dla tego terenu formę wypełnienia konstrukcją szkieletową górnych partii ścian szczytowych i wystawek.
Zupełnie nowym pomysłem Gropiusa była konstrukcja dachu, w którym dolna połać mansardy nachodzi bardzo głęboko na elewacje, będąc jednocześnie lekko wyłamana na końcach i osłaniając otwarte tarasy.
Innowacyjny jest również kształt okien w elewacji, które wszystkie są wprawdzie prostokątne, jednak ich wielkość jest bardzo różna.
Niektóre z nich osadzono pionowo, inne poziomo.
Do 1945 roku dom był własnością rodziny Metzler.
Po II wojnie światowej w domu prowadzono jedynie bieżące remonty związane z potrzebami mieszkańców, m.in. od strony północnej zabudowano taras zamieniając go w łazienkę
a od strony południowej taras przekształcono w garaż.
Od 1946 mieszkały tu dwie kobiety narodowości niemieckiej, które w 1955 roku wyjechały do Niemiec.
Następnie obiekt przejął skarb państwa.
Swoją siedzibę miała tu Słupska Fabryka Mebli – w willi znajdowały się mieszkania służbowe dyrektora i jego zastępcy.
W latach 70-tych funkcjonująca fabryka została przejęta przez Koszalińską Fabrykę Mebli, by w latach 80-tych stać się samodzielną filią: Drawską Fabryką Mebli.
Pod koniec lat 90. budynek został przejęty przez Przedsiębiorstwo Przeróbki Mechanicznej Węgla Biskupice Sp. z o.o w Zabrzu.
Obecnie w budynku znajdują się prywatne mieszkania.
Dom jest otoczony małym ogrodem i parkiem, który łączy się krajobrazowo z położonym po przeciwległej stronie rzeki Parkiem Chopina.
Willa Metzlera znajduje się dziś w złym stanie technicznym i wymaga generalnego remontu.
Źródło:
https://rowery.wzp.pl/750-pomorze-zachodnie-willa-metzlera
i zobaczyliśmy też ładny budynek Starostwa Powiatowego.
Mając już jednak trochę dość cywilizacji cieszyliśmy się, że przed nami droga powrotna do Gudowa.
Z miasta wychodziliśmy czarnym szlakiem, po jakimś czasie dołączył do nas niebieski.
Zaczęło się rozpogadzać. Droga biegła malowniczymi pagórkami pośród łąk i pól.
Gdy wchodziliśmy do Gudowa wyszło już słońce.
Postanowiliśmy z tego skorzystać i podeszliśmy kościoła pw. św. Barbary z końca XVII wieku.
Wzdłuż jeziora wróciliśmy po zakupy do sklepu.
Po atrakcyjnym dniu wróciliśmy na nocleg, przygotować się do kolejnego dnia.
Na szczęście budowlane hałasy z sąsiedztwa już się skończyły.
Dzień 11.
5 sierpnia 2025 rok.
Gudowo – Linowno - Złocieniec - Cieszyno. Wg GPS 29,4 km.
Całą noc padało i rano niestety nie przestało, więc na trasę wyszliśmy w pelerynach.
Początkowo asfaltem, siłą rzeczy zaliczyliśmy po drodze sklep i kościół.
Kawałek za Gudowem zielony szlak Jezior Drawskich skręcił w stronę jeziora Linowno i my zgodnie z nim.
Po wejściu do lasu natychmiast zaatakowały nas niezliczone chmary komarów.
Idąc wzdłuż jeziora mijaliśmy ślady bobrowej działal-ności.
Przeszliśmy przez wartki stru-myk, przy okazji płucząc z błota sandały.
W końcu wydostaliśmy się z doliny, w której położone jest jezioro i wyszliśmy z lasu na łąki.
Komary od razy się uspokoiły, ale cały czas musieliśmy wędrować w pelerynach.
Ze wzgórz naszym oczom ukazał się malowniczy, chociaż pochmurny, widok na Linowno.
We wsi minęliśmy XIX-wieczny dwór i kościół ewangelicki pw. św. Ignacego Loyoli.
Na szczęście był tu także sklep, gdzie pod daszkiem można było zjeść i odpocząć od deszczu.
Dołączył do nas tutejszy młody rolnik, który opowiadał, jak aktualna pogoda wpływa na jego pracę, czyli dodatkowe suszenie zboża.
Chwalił stary sprzęt rolniczy, który bez względu na warunki jest niezawodny.
Z Linowna wychodziliśmy zielonym szlakiem, który biegnie razem z ro-werowym, na mapie jest inny przebieg.
Po jakimś czasie zeszliśmy z szlaku zielonego, aby po kilometrze dojść do czarnego Szlaku Przyrodniczego Drawskiego Parku Krajobrazowego.
W pewnym momencie wyrosły wokół nas ogromne egzemplarze barszczu Sosnowskiego, który okazuje się być dość popularny w tej okolicy.
Poza tym jak szalone zaczęły atakować nas komary. Teraz już nie mieliśmy wyjścia, użyliśmy chemii, na trochę starczyła.
Za wsią Jarosław czarny szlak skręcił na zarośniętą łąkę i zniknął.
Poszliśmy na wyczucie, okazało się, że słusznie,
bo znowu go złapaliśmy.
Nad jeziorem Kańsko znaleźliśmy przewrócone drzewo, zrobiliśmy przerwę, aby się posilić.
Ledwo zdążyliśmy zjeść, gdy lunęło.
Szybko nakryliśmy się pelerynami i przeczekaliśmy najgorszą nawałę.
Trochę się uspokoiło, więc zarzuciliśmy plecaki, peleryny i ruszyliśmy dalej.
Do Złocieńca wchodziliśmy w deszczu szlakiem rowerowym.
Na początku zajrzeliśmy na cmentarz komunalny, na którym znajduje się Wojskowa Kwatera Wojenna 1945 upamiętniająca żołnierzy biorących udział w przełamaniu Wału Pomorskiego.
Przy okazji korzystając z dostępu wody udało nam się opłukać sandały z piachu, w końcu jesteśmy w mieście.
Przeszliśmy przez park, dawniej cmentarz niemiecki.
Alejki zdobiły drewniane, trochę nadszarpnięte zębem czasu figury.
W centralnej części parku znajduje się lapidarium z pomnikiem
"Pamięci zmarłych niemieckich mieszkańców miasta Falkenburg obecnie Złocieniec".
Głodni, skierowaliśmy się w kierunku centrum, żeby znaleźć jakąś knajpkę i coś przekąsić.
Byliśmy bardzo zdziwieni gdy okazało się, że wszystko co napotkaliśmy jest nieczynne w poniedziałki i wtorki (dziś był akurat wtorek).
Wydawało nam się, że wprawdzie Złocieniec nie znajduje się nad jeziorem, ale chyba jest ważnym ośrodkiem w turystycznej okolicy.
Honor miasta uratował "Bar u Kota", było w nim sporo ludzi, więc albo brak konkurencji, albo szansa, że dobrze karmią.
Ostatecznie nie było źle.
Przez Stary Rynek, gdzie obejrzeliśmy ratusz z XIX wieku, gotycki kościół pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny oraz liczne stare kamieniczki, przeszliśmy do ruin zamku.
Na wzgórzu zamkowym niewiele z nich zostało, choć zamek przetrwał II wojnę światową w nienaruszonym stanie.
Z rozpędu przeszliśmy przez most na Drawie do Parku Żubra, gdy przypomnieliśmy sobie, że powinniśmy zaopatrzyć się w prowiant na wieczór i kolejny dzień.
Cofnęliśmy się do marketów przy ul. Połczyńskiej. Miasto opuszczaliśmy z mieszanymi uczuciami...
Do lasu doszliśmy dość uczęszczaną szosą, którą poprowadzone były szlaki czarny Przyrodniczy Drawskiego Parku Krajobrazowego i zielony Wzniesień Moreny Czołowej.
Na rozstajach spotkaliśmy Zajączka Złocieniaszka.
Z szosy skręciliśmy zgodnie ze szlakami, chyba dość rzadko uczęszczanymi, bo w okolicy osady Złotniki zupełnie nam się pogubiły.
Przeszliśmy na szlak rowerowy, po czym nagle znaki piesze znowu znikąd się pojawiły.
Wędrowaliśmy lasem mając co jakiś czas widok na jezioro Dłusko.
Droga weszła na nasyp, możliwe, że planowany łącznik do
"Berlinki",
który był dość zarośnięty, ale dało się przejść.
Po jakimś czasie skręciliśmy na asfalt w stronę Cieszyna.
Koło zarośniętego jeziorka Morzysław Duży było widać wyraźny zarys
"Berlinki".
Zaczęło się też rozpogadzać.
Mimo zmęczenia postanowiliśmy skręcić na wyspę Ostrów na jeziorze Siecino.
Warto było, znajduje się tam malowniczo położony dosyć spory ośrodek wypoczynkowy, jest też mała knajpka, przy której postanowiliśmy chwilę odpocząć.
Niestety nie namierzyliśmy zaznaczonej na mapie drogi wzdłuż jeziora, więc aby dojść do Cieszyna musieliśmy wrócić do asfaltu.
Przed samą miejscowością duża plaża, na której znajduje się punkt gastronomiczny, ten jednak ze względu na brak ludzi był już zamknięty.
Dotarliśmy na nocleg, zostawiliśmy plecaki i korzystając, że świeci słońce, poszliśmy zwiedzać miejscowość.
Znajduje się tu XIX-wieczny szachulcowy kościół pw. Matki Boskiej Częstochowskiej oraz eklektyczny pałac, obecnie hotel, wraz z parkiem pałacowym i drugą plażą.
W pałacu, mimo późnej godziny, jeszcze przez chwilę była czynna restauracja, na szczęście zdążyliśmy coś zamówić.
Mała miejscowość, w okolicy wraz z tymi na ośrodkach chyba jest tu sześć ładnych plaż, a sklepu brak, taka mała łyżka dziegciu w beczce miodu.
Dzień 12.
6 sierpnia 2025 rok.
Cieszyno – Głęboczek - Rzepowo - Warniłęg - Kluczewo – Stare Drawsko. Wg GPS 27,0 km.
Na trasę wyszliśmy chwilę po ósmej.
Przy porannym świetle obeszliśmy cieszyński szachulcowy kościółek.
Z miejscowości wychodziliśmy począt-kowo szlakami zielonym i czarnym.
Dotarliśmy do ukrytych w lesie fundamentów
"Berlinki",
w okolicy których opuścił nas czarny szlak Przyrodniczy Drawskiego Parku Krajobrazowego, dalej towarzyszył nam zielony Wzniesień Moreny Czołowej.
Przed Głęboczkiem trafiliśmy na małą pustą plażę nad jeziorem Krosino. Pomost zachęcał do odpoczynku, więc skorzystaliśmy.
Jedynie żal, że było chłodno i nie odważyliśmy się skorzystać z czystej wody.
Po krótkim odpoczynku doszliśmy do perełki dnia, a może i urlopu.
Przeszliśmy Drawę i od strony przepławki podziwialiśmy przepiękny, niestety zrujnowany,
szachulcowy młyn wodny z 1895 roku.
Ciekawe ile jeszcze postoi, mimo rusztowań wyglądał, jakby za chwilę miał się rozsypać jak domek z kart.
Gruntową drogą dotarliśmy do Rzepowa, w którym zachowało się kilka murowanych budynków z XIX w.
Zajrzeliśmy do miejscowej smażalni ryb
"Nad Drawą".
Mimo, że do 12 było jeszcze daleko (a o tej godzinie się otwierała), właściciel zaprosił nas do środka i zaproponował wędzone ryby.
Wybraliśmy węgorza, którego skonsumowaliśmy na miejscu. Tu ryba zawsze jest świeża, czego często nie można powiedzieć o tej nad morzem, i naprawdę smaczna.
Obserwowaliśmy zbiorniki pełne ryb, które niestety wiadomo, że skończą na patelni.
Minęliśmy neogotycki kościół pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa.
Ku naszemu zaskoczeniu okazało się, że w miejscowości jest sklep, który nigdzie nie był oznaczony.
Wprawdzie chwilę wcześniej mieliśmy przerwę, ale grzech byłoby nie skorzystać, zrobiliśmy więc krótki odpoczynek.
W tym czasie gawędziliśmy z Panią sklepową, która była zdziwiona naszą wędrówką.
Na koniec uzupełnienie zapasów na dalszą drogę.
Na początku Rzepowa opuścił nas szlak zielony, my rowerowym szliśmy w stronę Warniłęgu.
Kiedy tylko weszliśmy na leśne drogi, spotkaliśmy rowerowych turystów, którzy korzystali z darów natury i zbierali grzyby.
Zamieniliśmy kilka słów.
I tak wędrowaliśmy drogami z malowniczymi pagórkami.
Przed samym Warniłęgiem typowy wiejski widok, traktor w polu i polujące za nim na jedzenie bociany, ale nam się sielsko zrobiło.
We wsi pozostałości pałacu i XIX-wieczny neoromański kościół pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, który bardziej przypominał stację kolejową.
Za wsią dołączył do nas ponownie czarny szlak Przyrodniczy Drawskiego Parku Krajobrazowego.
Wędrowaliśmy asfaltem, podziwiając ze wzgórz wyłaniające się jezioro Drawskie i jego półwysep.
Za Urazem za szlakiem skręciliśmy w polną drogę, która po jakimś czasie zaczęła znikać i szlak też.
Weszliśmy w krzaki i bagienka niedaleko linii brzegowej Zatoki Kluczewskiej.
Nie było dobrego przejścia, musieliśmy się wycofać.
Zdecydowaliśmy się wyjść na zarośniętą łąkę i pokonywaliśmy jej wzniesienia wydeptaną ścieżką.
W końcu i ta ścieżka zanikła, a my przedzierając się przez trawę z krzakami po pachy dotarliśmy do zaznaczonego na mapie śladu
"Berlinki".
Za nim skręciliśmy w stronę jeziora mijając nienaznaczony na mapie staw, żeremia ujawniły, czyje to dzieło.
Nad jeziorem Drawsko odnaleźliśmy nasz zaginiony czarny szlak,
który towarzyszył nam do punktu odpoczynkowego z małą przystanią po drugiej stronie Zatoki Kluczewskiej.
Po przedzieraniu należała nam się przerwa.
Drogą bez szlaku powędro-waliśmy w stronę Kluczewa.
W miejscowości podeszliśmy do neogotyckiego kościoła pw. Narodzenia św. Jana Chrzciciela zbudowanego w XIX wieku.
Na tylnym szczycie świątyni tkwi potężne bocianie gniazdo,
zasiedlane ponoć rok w rok od sześćdziesięciu lat.
Idealnie nam się trafił moment urlopu, że można było obserwować boćki w różnym miejscach.
Przy kościele zaintere-sował się nami mały kociak, dał się nawet wygłaskać.
Z Kluczewa czerwonym szlakiem Solnym wędrowaliśmy w stronę mety, czyli Starego Drawska.
Zaraz za drogą wojewódzką nr 163 podeszliśmy na punkt widokowy w rezerwacie Jezioro Prosino.
Potem odpuściliśmy sobie podejście do Prosinka, tylko ścięliśmy szlak w stronę Kuźnicy Drawskiej.
Tu na rozstaju wiejskich dróg, pod starym dębem, znajduje się ciekawa stara kapliczka Matki Boskiej.
Dalej już asfaltem, zmęczeni, dreptaliśmy na nocleg.
Zameldowaliśmy się na noclegu, zostawiliśmy rzeczy w pokoju i idąc wzdłuż jeziora, po drugiej stronie Zamku Drawskiego, znaleźliśmy restaurację.
Mogliśmy odpocząć i zjeść zasłużoną obiadokolację.
Dzień 13.
7 sierpnia 2025 rok.
Stare Drawsko - Żerdno - Sikory – Czaplinek. Wg GPS 16,8 km.
Dzisiaj krótka trasa, więc nie spieszyliśmy się ze wstawaniem.
Z okna w pokoju, w którym nocowaliśmy, mieliśmy widok na jezioro Żerdno i gniazdo bocianie z dwoma mieszkańcami.
Od rana brakowało słońca.
W pobliskim sklepie zrobiliśmy zakupy na śniadanie, spakowani i najedzeni wyruszyliśmy w dalszą wędrówkę,
która nieuchronnie się zbliżała do końca.
Najpierw odwiedziliśmy zamek Drahim, byliśmy pierwszymi zwiedzającymi.
Zamek pamiętaliśmy sprzed osiemnastu lat.
Aktualnie niestety widać po nim, że pilnie potrzebuje dużego dofinansowania, byliśmy trochę zawiedzeni.
Brakowało nam też rozbrykanych kóz, które wtedy bardzo interesowały się zwiedzającymi,
a jedna z nich także... naszym papierowym przewodnikiem.
Ze Starego Drawska początkowo wychodziliśmy drogą, którą wczoraj przyszliśmy, z tą różnicą,
że dalej trzymaliśmy się już zielonego szlaku Wzniesień Moreny Czołowej.
Zaraz po wejściu do lasu spotkaliśmy grzybiarza. W sumie nic dziwnego, dzisiaj sporo grzybów byśmy zebrali.
Pierwsza miejscowość Żerdno z ciekawą stodołą z 1865 roku oraz budynkiem dawnego młyna,
w którym na zamurowanych oknach były malowidła nawiązujące do funkcji obiektu.
Za wsią wypatrzyliśmy dojście do jeziora Żerdno, na chwilę skręciliśmy i to był strzał w dziesiątkę.
Pomijając widok na jezioro, na drzewie nad nami usiadł myszołów i nic sobie nie robił z naszej obecności.
Zielony szlak doprowadził nas do wsi Sikory z XIX-wiecznym neoromańskim kościołem pw. św. Stanisława.
Za kościołem zagroda edukacyjna "Ranczo Alpaki" z ładnymi dekoracjami.
W Sikorach złapaliśmy niebieski szlak Szwajcarii Połczyńskiej, którym już do końca wędrowaliśmy do
Czaplinka.
Na mapie, na początku jeziora Dołgie Wielkie, zaznaczone było grodzisko.
Początkowo próbowaliśmy się do niego wspiąć, ale droga robiła się coraz bardziej stroma i zarośnięta, więc ostatecznie zrezygnowaliśmy.
Jezioro tak naprawdę powinno nazywać się "Dłuuugie", bo ma postać bardzo rozciągniętej rynny w dolinie między wzgórzami.
Idąc drogą wzdłuż brzegu nie znaleźliśmy miejsca z plażą, ale za to mniej więcej w połowie natrafiliśmy na Diabelski Kamień.
W jego pobliżu zrobiliśmy krótką przerwę.
Wędrując dalej wydostaliśmy się z doliny, minęliśmy jezioro Nątlino i wkroczyliśmy do Czaplinka.
Na cmentarzu komunalnym, który położony jest na rogatkach miasta,
zwiedziliśmy wydzieloną kwaterę wojenną żołnierzy Wojska Polskiego z 1945 roku.
Stąd podążaliśmy do centrum. Wejścia do miejscowości zawsze bardzo się dłużą.
Dotarliśmy do znajdującego się opodal rynku XIII-wiecznego kościoła pw. Świętej Trójcy, niestety zamkniętego,
ze znajdującą się obok drewnianą dzwonnicą z XVIII wieku.
W samym rynku zerknęliśmy na XIX-wieczny ratusz i neoromański kościół pw. Podwyższenia Krzyża Świętego.
Wybraliśmy jedną z knajpek i zrobiliśmy krótką przerwę, podczas której postanowiliśmy pójść do ośrodka i zostawić plecaki,
a dopiero wtedy pokręcić się po miejscowości.
Nocleg mieliśmy oddalony około 1,5 km od centrum.
Zostawiliśmy plecaki, zjedliśmy obiad i na lekko, biegnącą wzdłuż brzegu jeziora Drawsko promenadą, wróciliśmy do centrum.
Podziwialiśmy zabudowę, miejskie kamieniczki, a przede wszystkim przepiękne jezioro Drawsko.
W Czaplinku poczuliśmy klimat turystycznego miasteczka nad jeziorem.
Po powrocie na bazę okazało się, że już chyba tradycyjnie zerwał się jeden z sandałów.
Dzień 14.
8 sierpnia 2025 rok.
Czaplinek - Pławno - Jezioro Krzemno - Łąka - Czaplinek. Wg GPS 28,6 km.
Od rana znowu pochmurnie. Zjedliśmy śniadanie i wyruszyliśmy w drogę.
Dzisiaj pętelka, więc na ostatni dzień wędrówki można było wyjść "na lekko".
Na początku dnia kropiło. Idąc z naszego ośrodka musieliśmy przejść przez całe miasto,
z którego dalej wychodziliśmy wzdłuż jeziora Czapliń-skiego.
Przy okazji sprawdziliśmy czas dojścia na stację PKP, z której następnego dnia mieliśmy powrót.
Od stacji wędrowaliśmy drogą biegnącą wzdłuż lasu, którą dotarliśmy do miejsca po odbywającym się niedawno festiwalu "Pol&Rock".
Byliśmy zaskoczeni, mimo że minął tylko tydzień, było tu wszystko posprzątane.
Odpoczęliśmy chwilę.
Dalej prostą drogą doszliśmy do Pławna z ciekawą aleją megalitów oraz zabudowaniami: neoklasycystycznym pałacykiem i ceglaną gorzelnią.
Za wsią musieliśmy iść fragmentem dość ruchliwej drogi wojewódzkiej nr 177.
Po około 2 km skręciliśmy leśną drogę, która doprowadziła nas do jeziora Krzemno.
Zrobiliśmy przerwę przy dziwnej plaży z ni to piaskiem, ni to białym mułem.
Woleliśmy nie wchodzić.
Po odpoczynku wędrowaliśmy leśną drogą wzdłuż jeziora.
Kolejny nasz przystanek to kamienne kręgi z kurhanami.
Może nie są tak rozległe jak te w Odrach czy Węsiorach, ale i tak robią wrażenie.
Tajemnicze miejsce, po śladach wosku na kamieniach można wnioskować, że nocami coś tu się dzieje.
Szczęśliwie dla nas wyszło słońce, które dodało uroku temu miejscu, a my zyskaliśmy szansę na lepsze zdjęcia.
Obeszliśmy jezioro Krzemno i za torami, nad jeziorem Kaleńskim, trafiliśmy na strefę terenów prywatnych z daczami.
Najważniejsze, że zachowano tam możliwość przejścia wzdłuż samego jeziora, to nie często się w takich miejscach zdarza.
Na końcu akwenu, w pobliżu wiaduktu kolejowego, skręciliśmy w drogę asfaltową, na szczęście nie była ruchliwa.
Po jakimś czasie doszliśmy do skrzyżowania, przy którym był skręt do głazu Tempelburg.
Jest to największy w gminie Czaplinek głaz narzutowy, będący pomnikiem przyrody.
Na jego powierzchni wykuty jest napis: "Tempelburg 1858".
We wsi Zawada oglądaliśmy twórczość mieszkańców: drewniane rzeźby, ogólnodostępne ogródki kwietne, wszystko finezyjnie zaplanowane.
I tak dreptaliśmy asfaltem do Czaplinka, przed którym spotkaliśmy turystów-rowerzystów długodystansowych,
zapakowanych na co najmniej kilka dni podróży.
Wchodząc do miejscowości trafiliśmy na psiaka, który szczekał na piłkę leżącą za płotem.
Odrzuciliśmy, szczęśliwy, ale i zdziwiony wziął swoja zabawkę, pewnie chciał się bawić.
Obok obejrzeliśmy to, co pozostało po cmentarzu Żydowskim, czyli tylko tablicę pamiątkową.
Nad jeziorem Drawsko zatrzymaliśmy się w smażalni na sielawie.
Nie wiedzieliśmy, czym się bardziej zachwycać, obiadem czy widokiem na jezioro.
Potem nastała chwila pożegnania się z sandałami, w których wczoraj pękł pasek.
Po założeniu butów włóczyliśmy się po Czaplinku, zaglądając w różne kąty.
A wieczorem udało się posiedzieć na plaży obserwując piękny zachód słońca.
No cóż, to już koniec naszej tegorocznej włóczęgi.
Zostało nam tylko jutrzejsze pięciokilometrowe przejście na stację PKP.
Podsumowanie.
- Długość naszej tegorocznej wędrówki według GPS to 390 km.
- To było zimne i deszczowe lato, tylko sporadycznie udało nam się skorzystać z uroków jezior i wieczorów w plenerze.
- Poza DPN szlaki piesze prawie w ogóle nie istnieją, z rzadka pojawiały się jakieś wyblakłe znaki sprzed wielu lat.
Za to w DPN nówki sztuki, z tym, że zdarzały się błędy w sztuce. No i trochę lipa z tym znakowaniem tylko do granic parku.
- Niestety, w miejscowościach wydałoby się letniskowych knajpy jeżeli były czynne, to tylko do godziny 17, 18, maksymalnie 19.
- W związku z powyższym prawie codziennie trzeba było się spieszyć na bazę,
bo także sklepy często były krótko czynne (jeśli w ogóle istniały w danym dniu na mecie).
- Tylko w Dominikowie i Czaplinku poczuliśmy klimat wakacyjnej miejscowości.
- Mimo powyższych uwag tegoroczne trasy były bardzo piękne, a do najciekawszych miejsc zaliczylibyśmy Kanał Siceński,
młyn w Głęboczku, grabową "Aleję Ksawerego" oraz kamienne kręgi nad jeziorem Krzemno.
W galerii fotek możesz obejrzeć wszystkie zdjęcia, zachęcamy do oglądania.
Aktualizacja: