Zamiast OWRP - Lubuskie
30 lipca -13 sierpnia 2022
Wstęp.
Ze względów zawodowych musieliśmy zrezygnować z tegorocznego OWRP, jednak mając doświadczenie z samodzielnego opolskiego wyjazdu dobrze wiedzieliśmy, jak spędzimy nasz urlop. Oczywiście padło na Lubuskie, trasę postanowiliśmy nie wyznaczać śladami Rajdu. Zależało nam, aby przejść przez rejony z dużą ilością lasów i jezior oraz możliwie z dala od dużych miast.
Najpierw planowanie trasy, szukanie ciekawych miejsc, później dopasowanie bazy noclegowej tak, żeby dzienne odcinki nie były zbyt długie. Nieocenioną pomocą w tym względzie były mapy.cz. Nie było łatwo, ponieważ oferujący noclegi niechętnie robili to tylko na jedną noc, w pobliżu jezior najczęściej proponowano nam tygodniowy pobyt. Ostatecznie tylko w rejonie MRU nie dało się niczego zaklepać, musieliśmy więc zmodyfikować trochę trasę w kierunku dostępnego noclegu i przejść w tym dniu 40 km.
Jak zawsze przygotowaliśmy listę obiektów, które chcieliśmy zobaczyć, oraz logistykę, czyli sprawdziliśmy, gdzie są sklepy, restauracje etc. Kiedy tylko pojawiła się możliwość, zakupiliśmy z wyprzedzeniem bilety na pociąg i to w całkiem niezłej promocji. Potem już tylko odliczaliśmy dni.
Dzień 1.
30 lipca 2022
Krzyż - Stare Osieczno, wg GPS 25 km
|
|
|
Pobudka o 4:00, wrzuciliśmy do plecaka ostatnie rzeczy, sprawdziliśmy, czy mamy dokumenty, bilety i w drogę. Na szczęście na dworzec Łódź Chojny, z którego startowaliśmy, mogliśmy podjechać pierwszym porannym tramwajem. Tu tylko 20-minutowe oczekiwanie i można było kontynuować spanie, pociąg jechał do Krzyża ponad 4 godziny. Od Poznania już czuwaliśmy.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Dalej podążaliśmy szosą wzdłuż torów weszliśmy do wsi Drawiny.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
W miejscu, gdzie szosa zbliżyła się do zakola Drawy, pozdrowili nas kajakarze. Dreptaliśmy dalej leśną drogą, do czerwonego szlaku doszedł żółty, pojawił się nawet zblokowany znak obu szlaków.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Dzień 2.
31 lipca 2022
Stare Osieczno - Dobiegniew, wg GPS 22 km
|
|
|
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Dalej wędrowaliśmy lasem, przy przejściu przez strumyk rozstaliśmy się z żółtym szlakiem, którego i tak nie było widać.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Dzień 3.
1 sierpnia 2022
Dobiegniew - Długie, wg GPS 24 km
|
|
|
Jak to zwykle bywa na urlopie, bez budzika wstaje się wcześnie. Obudziliśmy się około godziny siódmej, w pokoju nie było prądu. Szybkie pakowanie, rzut oka za okno - poranek pochmurny. Gdy zdawaliśmy klucze właściciel poinformował, że w całej dzielnicy nie ma zasilania. W znajdujących się obok delikatesach zrobiliśmy zakupy na śniadanie i trasę.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Wydostaliśmy się na pole, tym razem wystraszyły nas ratujące się ucieczką w zboże dziki,
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Po krótkiej przerwie wróciliśmy na szlak, który doprowadził nas do wieży widokowej przy "moście pojednania". Niestety pogoda się pogorszyła, chwilami kropiło. Pstryknęliśmy z góry kilka zdjęć i po przejściu odbudowaną kładką zrobiliśmy przerwę nad jeziorem. Gdy byliśmy tu przed laty, to miejsce nazywało się "spalony most" (jak na drogowskazie w Chomętowie), a niezorientowany turysta mógł się mocno naciąć: szlaki tego samego koloru dochodziły z obu stron przesmyku, a przeprawy nie było chyba od lat, z wody sterczały wówczas tylko kikuty filarów. Przy moście zacumowana była żaglówka, na której para walcząc z podmuchami wiatru próbowała coś złowić. Po pewnym czasie pojawił się też wędkarz, który usiadł w pobliżu nas. Chyba są tu ryby, skoro warto tak daleko dojechać.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Zmęczeni doszliśmy na nocleg. Na miejscu okazało się, że restauracja jest nieczynna i, o zgrozo!, w miejscowości letniskowej nie ma sklepu spożywczego, na to nie byliśmy przygotowani. Restaurację znaleźliśmy w nowym ośrodku nad brzegiem jeziora, nie była tania, po kosztach zjedliśmy pizzę. Wracając na bazę przekonaliśmy się, że w niepozornym barze, który wcześniej zignorowaliśmy, można było przekąsić coś na ciepło za rozsądniejsze pieniądze, a w dodatku napić się lokalnego piwa.
![]() |
Dzień 4.
2 sierpnia 2022
Długie - Strzelce Krajeńskie, wg GPS 19 km
|
|
|
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Dzień 5.
3 sierpnia 2022
Strzelce Krajeńskie - Santok, wg GPS 28 km
|
|
|
Dzisiaj jedna z dłuższych tras, w dodatku z dnia na dzień jest coraz cieplej. Nasz nocleg usytuowany był przy głównej ulicy z pięknymi kocimi łbami, z oknami właśnie w ich kierunku. Jednak tą ulicą przebiega DK22, więc dzień i noc, tir za tirem, nieustający hałas, przy otwartym oknie nie słyszeliśmy, co do siebie mówimy. W nocy spaliśmy szczelnie zamknięci. Obudziliśmy się o 6 rano. Spakowaliśmy rzeczy i poszliśmy pod sklep na śniadanie. Uzupełniliśmy też zapasy na trasę i w drogę.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Kontynuując wędrówkę zastanawialiśmy się, co oznacza dziwna przerwa w przebiegu niebieskiego szlaku na mapie. Okazało się, że od granicy rezerwatu "Buki Zdroiskie" jako takie znakowanie dalej nie było odnawiane, ale gdzieniegdzie widoczne były te starsze znaki oraz zarys dawnej drogi. Idąc nią, omijając zwalone drzewa, doszliśmy do brodu przez potok Santoczna oznaczonego ogromnymi paskami szlaku na obu brzegach. Dobrze, że wędrowaliśmy w sandałach... Po drugiej stronie potoku pojawił się szlak jak przed rezerwatem.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Kawałek dalej nie-stety las się skończył i już do końca szliśmy otwartym terenem. Prostą jak strzelił drogą, kiedyś pewnie aleją, w upale doszliśmy do Gralewa. Tu na szczęście był sklep, uzupełniliśmy płyny w plecakach i sobie.
![]() |
![]() |
![]() |
Dalej niebieski i żółty szlak polną drogą wyprowadziły nas ze wsi na wysoką krawędź Równiny Gorzowskiej. Zatrzymaliśmy się na chwilę przy baszcie, dawnej wieży widokowej z 1936 roku wybudowanej w miejscu gródka pomorskiego z XI w. i zameczku rycerskiego z XV w., podziwiając panoramę Obszaru Chronionego Krajobrazu "Doliny Warty i Dolnej Noteci". Schodząc z urwiska przeszliśmy przez tory, akurat przejeżdżał pociąg Lubuskiej Kolei Regionalnej, i weszliśmy do Santoka.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Dzień 6.
4 sierpnia 2022
Santok - Skwierzyna, wg GPS 27 km
|
|
|
Domek z samego rana szybko się nagrzał. Zgodnie z informacją na tablicy ogłoszeń w marinie prom przez Wartę startował o 9.30,
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Doszliśmy do wsi Borek. Obejrzeliśmy kościół
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Tu na wejściu do Trzebiszewa miała znajdować się knajpa, niestety pozostał opustoszały budynek. Czasy jej świetności zakończyły się wraz z otwarciem biegnącej niedaleko S3. Na szczęście w tym upale znowu uratował nas sklep, gdzie z tyłu w cieniu można było na chwilę
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Po przejściu przez wieś i ponownym pokonaniu torów, dalej otwartym terenem - tak zwaną "patelnią", podążaliśmy w stronę Skwierzyny. Droga w upale bardzo nam się dłużyła.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Dzień 7.
5 sierpnia 2022
Skwierzyna - Stare Kursko, wg GPS 30 km
|
|
|
Kolejna gorąca noc za nami, niemiłosierny zaduch w pokoju wybudził nas ze snu. Spakowaliśmy się i poczekaliśmy do 8 na śniadanie. Dzisiaj musieliśmy nadrobić zwiedzanie miasta.
Po wyjściu z hotelu udaliśmy się na drugą stronę ulicy, gdzie znajdowało się wejście na kirkut. Gdy wchodziliśmy na wzgórze z niezliczoną ilością macew, towarzyszyło nam wycie psa. Nie jesteśmy przesądni, ale klimat do zwiedzania mieliśmy odpowiedni.
W centrum miasta obejrzeliśmy najważniejsze zabytki: późnogotycki kościół pw. św. Mikołaja, ratusz z początku XIX wieku, kamieniczki w rynku w tym budynek Cechu Rzemiosł, neogotycki zbór protestancki, obecnie kościół rzymskokatolicki pw. Świętego Zbawiciela. W pewnym momencie rozległy się syreny alarmowe, zobaczyliśmy biegnących mężczyzn, OSP tu działa! Zrobiliśmy zakupy na trasę i w drogę.
Z miasta wychodziliśmy wzdłuż terenów wojskowych, następnie przeszliśmy nad S3 i leśnymi drogami dotarliśmy do mostu na Obrze i Grupy Warownej "Ludendorff". Nie bez trudu wspięliśmy się ścieżką w osypującym się piasku na bunkrowe wzgórze, mijając po drodze wysadzoną kopułę pancerną Pz. W. 867. Obeszliśmy cały kompleks rozbitych bunkrów, w wielu miejscach trzeba było uważać, żeby nie wpaść w jakiś zakamarek albo potknąć się o rozerwane zbrojenie. Nad Obrą, pod mostem, zrobiliśmy przerwę. Siedzieliśmy nad wodą licząc, że pojawi się jakieś ciekawy ptaszek.
Najpierw lasem, a później polną drogą doszliśmy do wsi Stary Dworek. Znajduje się tu barokowy kościół pw. św. Józefa, a do położonego opodal zrujnowanego dworu z końca XVIII wieku, w którym dachu już właściwie nie ma, dojścia nie było. Mimo informacji, że sklep w ciągu dnia ma przerwę, z nadzieją odbiliśmy z trasy w jego kierunku. Niestety internet nie kłamał, sklep był zamknięty, zaczęliśmy cofać się na szlak. Wtedy zatrzymała nas pani rowerzystka pytając, czy chcemy coś ze sklepu, bo jedzie przyjąć dostawę. To się nazywa fart. Skorzystaliśmy, zakupiliśmy prowiant i po krótkiej przerwie na lody ruszyliśmy dalej w stronę mostu obrotowego D812, gdzie zatrzymaliśmy się na dłużej.
Leśną drogą dotarliśmy do Bledzewa. Idąc pochyłą uliczką minęliśmy XV-wieczny kościół św. Katarzyny, weszliśmy na rynek z barokową figurą św. Jana Nepomucena, gdzie skręciliśmy do przechylno–przesuwnego mostu K804 tzw. "rolkowego", należącego do umocnień MRU.
Uzupełniliśmy zapasy, podeszliśmy do jedynej pizzerii w okolicy, ale nie zachęciła nas do wejścia, więc wróciliśmy na szlak. W międzyczasie próbowaliśmy się dodzwonić do pałacu, gdzie mieliśmy nocleg, aby dowiedzieć się o sklep.
Nad jeziorem Bledzewskim znaleźliśmy miejsce na przerwę. Oddzwonili do nas z pałacu, sklepu na miejscu nie ma, ostatni ma być w Chycinie. Mogliśmy zamówić obiadokolację pod warunkiem, że dotrzemy do godziny 19, postanowiliśmy skorzystać. Przed nami był jeszcze kawałek drogi.
Wróciliśmy na asfalt i w pewnym momencie zaczęło padać, zrobiło się przyjemnie chłodno. Jednak deszcz zacinał nam z wiatrem w twarz i przez kaptury przegapiliśmy skręt do Chyciny, do której ostatecznie doszliśmy nieco dłuższą drogą przez Goruńsko. W Chycinie wspięliśmy się na górkę z neogotyckim kościołem pw. Niepokalanego Poczęcia NMP. Znajdował się tu też ostatni wiejski sklep, w którym zrobiliśmy zakupy. W sklepie pełno klienteli, również obcojęzycznej, obok parasole, klimatycznie to wyglądało. Trochę żałowaliśmy, że tu nie nocujemy, ale cóż zrobić, w wakacje nad jeziorami noclegi oferowane są w pakietach co najmniej tygodniowych.
Do Kurska asfaltem, czyli na skróty, dotarliśmy po 18-tej, zameldowaliśmy się i zeszliśmy na obiad, był naprawdę smaczny. Potem relaks po ciężkim dniu, czyli spacer po pałacowym parku, później wieczorne dyskusje z nocującymi tu turystami. Atrakcją oprócz nocy w starych murach był latający w pokoju szerszeń, na szczęście sam trafił do okna.
Dzień 8.
6 sierpnia 2022
Stare Kursko - Międzyrzecz, wg GPS 17 km
|
|
|
O godzinie 8.30 mieliśmy śniadanie. Spakowaliśmy się i opuściliśmy pałacową komnatę. Dzisiaj na szczęście krótka trasa.
Nie widząc drogi dojazdowej zrezygnowaliśmy z podejścia do dawnego cmentarza ewangelickiego w Kursku. Kawałek za wsią przeszliśmy pod mostem kolejowym i skręciliśmy z kostkowej drogi w prawo do bunkrów Grupy Warownej "Schill". Obejrzeliśmy dwa rozbite Panzerwerki 754 i 757, kupa stali i betonu, jak w poprzednich obiektach. Przy jednym z nich obozowisko eksploratorów, którzy na śniadanie sączyli wcale nie najtańsze winko.
Wróciliśmy na kostkę, którą dotarliśmy do szerokiej doliny rzeczki Jeziornej i do mostu obrotowego D-724 w Kursku-Dąbie. Jest to jeden z dwóch mostów obrotowych w MRU, pierwszy widzieliśmy wczoraj w Starym Dworku. Jego "ozdobą" był oczekujący na przejazd na wschodnim brzegu radziecki czołg... z dykty (choć czerwoną gwiazdę ktoś z niego zdarł).
Dalej z szosy skręciliśmy w leśny dukt, który doprowadził nas do trzech jezior: Zamkowego, Środkowego i Przedniego. Przy Przednim zrobiliśmy krótką przerwę.
Drogą wśród łąk dotarliśmy do Gorzycy, gdzie znajduje się szachulcowy kościół pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa z 1736 roku. Obok drewniana dzwonnica konstrukcji ryglowej z p. XIX w. oraz coś co wzbudziło nasze największe zainteresowanie - murowane mauzoleum z połowy XIX w. z wmurowanymi w ściany żeliwnymi krzyżami. Przed grobowcem barokowa kamienna płyta Georga Wilhelma Zeidlitza z 1782 roku, dawnego właściciela Gorzycy. Pod tutejszym sklepem zrobiliśmy przerwę. Przy robieniu zakupów na trasę, do gruntowych pomidorów dostaliśmy od pani sklepowej gratis gruntowe ogórki. Przy wyjściu ze wsi zespół pałacowy, główny obiekt w remoncie, podobnie jak podczas OWRP w 2012 roku, bo tędy przechodziliśmy.
Postanowiliśmy nie iść wcześniej zaplanowanym szlakiem zielonym, tylko rowerowym, który na mapie miał przebieg bliżej Obry. Mieliśmy nadzieję, że uda nam się usiąść gdzieś nad rzeką, niestety dojścia nie było, tylko strome zarośnięte brzegi. Droga wzdłuż rzeki jest pomnikiem przyrody ze względu na okazałe drzewa rosnące po obu jej stronach. Ostatecznie klapnęliśmy na pół godzinki na skraju dużej łąki przy końcu alei.
W lesie zaczęły się pojawiać tablice informujące, że idziemy wzdłuż terenu wojskowego oraz strzelnicy poligonowej. Przeszliśmy przez tory, dziś już chyba trzeci raz, i doszliśmy do miejscowości Święty Wojciech z późno klasycystycznym szachulcowym kościołem pw. Świętego Wojciecha. Obok był sklep, ale nie musieliśmy z niego korzystać.
Przeszliśmy nad Obrą, następnie pod S3, za którą rozpoczęły się zabudowania Międzyrzecza. Z marszu poszliśmy zwiedzić zamek, niestety muzeum z kolekcją portretów trumiennych było zamknięte. Przeszliśmy przez rynek i główną ulicą dotarliśmy do naszego noclegu. Zostawiliśmy rzeczy i poszliśmy szukać czegoś na obiad, a potem zwiedzić miasto.
Dzień 9.
7 sierpnia 2022
Międzyrzecz - Mostki, wg GPS 36 km
|
|
|
Dziś przed nami najdłuższa trasa urlopu wynikająca ze wspomnianych wcześniej kłopotów ze znalezieniem noclegu. Ruszyliśmy zaraz po śniadaniu, na pobliskiej stacji benzynowej kupiliśmy jeszcze wodę i w drogę.
Wyjście z miasta ulicą Mieszka I, tak jak zawsze, trochę się dłużyło. Uliczką między jednostką wojskową a działkami wyszliśmy poza zabudowania i dalej polną drogą doszliśmy do S3. Po drugiej stronie okazało się, że znaleźliśmy się na krawędzi poligonu i kolejnej strzelnicy. Nie mając wyjścia, trzymając się jak najbliżej "eski", doszliśmy do szosy i zatoczki parkingowej z autami. To parkowali wędkarze, których chwilę później widzieliśmy wędrując wzdłuż jeziora Stoki. W jeziorze woda zielona, ale bobrom najwyraźniej to nie przeszkadzało, czego liczne dowody mijaliśmy na skraju lasu.
Polna droga doprowadziła nas do asfaltu, którym dotarliśmy do Kęszycy. Podeszliśmy do szachulcowego kościoła pw. św. Marcina z 1728 r. z dobudowaną neogotycką wieżą i dalej żółtym szlakiem podążyliśmy w stronę MRU. Już na skraju wsi wyłoniły nam się zęby smoka. Obserwując mapę zastanawialiśmy się, do których umocnień podchodzić, wszystkich dziś na pewno nie zobaczymy. Pierwszym był znajdujący się blisko drogi, należący do Grupy Warownej "Yorck", Pz.W. 727 i przy nim, z widokiem na rozległe łąki, postanowiliśmy chwilę odpocząć. Dodatkową atrakcją był latający w pobliżu drapieżnik. Sam bunkier był dość zarośnięty kolczastymi zaroślami, więc za dużo tu nie zobaczyliśmy.
Następnie podeszliśmy do należącego do tej samej GW Pz. W. 724, który zachował się do dzisiaj niemal w całości, jest odnowiony i łatwo dostępny (z wyjątkiem wnętrza zarezerwowanego dla nietoperzy). Wyposażono go w dwie kopuły 6 strzelnicowe, kazamatę z płytą i kopułę obserwacyjną.
Ostatnim odwiedzonym przez nas przed Pniewem był Pz. W. 719. z Grupy Warownej "Gneisenau", który po wojnie został częściowo wysadzony, odstrzelone zostały obydwie kopuły strzelnicowe, ocalała jednak kopuła obserwacyjna i kazamata obrony wejścia.
Na ostatniej prostej minął nas wiozący turystów kołowy pojazd opancerzony BTR-152 wzbijając kłęby kurzu, przed którymi musieliśmy uciekać.
W samym Pniewie pierwsze kroki skierowaliśmy do Pz.W. 717 z Grupy Warownej "Scharnhorst", z charakterystycznymi zielonymi kopułami, na których widoczne są ślady sowieckiego próbnego ostrzału artyleryjskiego. Podziemnej części fortyfikacji nie planowaliśmy zwiedzać, byliśmy tu już kiedyś, a poza tym było tu mnóstwo ludzi, braku czasu nie wspomnimy. Przeszliśmy przez "zęby smoka" oraz małą ekspozycję militariów, w większości poradzieckich.
Odpoczynek zrobiliśmy w burgerowej "Bunkierowni" na piwie bunkrowym z Witnicy lanym z kranika i frytkach. Kucharz, gdy zobaczył "plecakowych" turystów, gawędził z nami o MRU, o chaszczach, które nas czekają. Wspomniał o sytuacji w okolicy - pojawił się właściciel, który wykupił ogromne tereny wokół i przygotowując ziemię pod zasiewy potrafi zaorać polne drogi (które są na jego terenie). Możliwe, że w ten sposób mógł zniknąć dalszy odcinek żółtego szlaku do Gościkowa, ale tego dziś nie sprawdzimy, to nie nasz kierunek.
Po dłuższej przerwie wróciliśmy na żółty szlak. W pierwszym momencie konsternacja, na drodze znak z zakazem ruchu pieszego. Nie mając wyjścia ruszyliśmy. Okazało się, że znak jest ustawiony przez wożących turystów kierowców BTR-ów, którzy w pobliżu bunkra obserwacyjnego oraz Pz.W. 716 mieli swoją pętlę. Pamiętaliśmy, że w tym miejscu było wyjście z podziemi.
Na mapie tu zaczynała się przerwa w przebiegu żółtego szlaku. Rzeczywiście, droga zniknęła, może została zaorana? Początkowo szliśmy skrajem rżyska, w końcu stanęliśmy przed ścianą lasu, przez jakiś czas przedzieraliśmy się klucząc w poszukiwaniu najłatwiejszego przejścia. W chaszczach trafiliśmy na zęby smoka, próbowaliśmy nimi iść, jednak zarośla nas pokonały. Trzeba w tym miejscu dodać, że szliśmy w sandałach i krótkich spodniach. Ostatecznie idąc zarośniętą ścieżką znienacka natknęliśmy się na Pz.W. 783 należący do Grupy Warownej "Friesen". Był zarośnięty chaszczami i bluszczem jak świątynie Majów w Ameryce Południowej, podobnie drzewa wokoło.
Żółty szlak, który po przerwie pojawił się na mapie, w tym miejscu skręcił do Gościkowa (o ile dalej go nie zaorali). My leśną drogą, na której pojawiły się znaki szlaku rowerowego, poszliśmy w stronę Boryszyna. Na skraju lasu komin wentylacyjny Grupy Warownej "Jahn", ostatni zachowany obiekt tego typu na MRU. Umieszczenie wylotu systemu wentylacyjnego wysoko, na poziomie koron drzew, miało zapobiegać niebezpieczeństwu dostania się do podziemi gazów bojowych. W pobliżu spotykaliśmy ludzi, którzy po zwiedzeniu "Podziemnej Trasy Turystycznej" próbowali obejrzeć naziemne obiekty GW "Jahn". Doszliśmy do wejścia do "Pętli Boryszyńskiej" czyli Pz.W. Nord, w tym miejscu sporo zwiedzających oczekujących na swoją kolej. Niestety brak czasu i kilometry przed nami pozwalały tylko na zerknięcie na atrakcje, które są po drodze, ale bez zwiedzania. Nie zatrzymywaliśmy się więc, asfaltem doszliśmy do Boryszyna. Wchodząc do wsi minęliśmy Pz.W. 778, w centrum kilka atrakcji: pomnik żołnierza polskiego i radziecka przeciwpancerna armata dywizyjna D-44 z II wojny światowej, po drugiej stronie denkmal oraz drewniany kościół o konstrukcji zrębowej pw. Zwiastowania NMP z 1648 roku. Na placu zabaw obok kościoła ławeczki, zrobiliśmy więc przerwę, dyskretnie racząc się zakupionym w "Bunkierowni" piwem bunkrowym (sklep w Boryszynie był zamknięty).
Ruszyliśmy dalej w stronę Staropola, od Boryszyna towarzyszył nam czerwony szlak świeżo wymalowany przez jakiegoś amatora, który albo nie miał doświadczenia, albo bardzo się spieszył. Po drodze weszliśmy na cmentarz składający się z dwóch części: starej przedwojennej i obecnie użytkowanej. Gdy oglądaliśmy stuletnie nagrobki, obserwował nas starszy pan, który po wyjściu zaproponował nam podwózkę. Mimo zmęczenia odmówiliśmy.
Na początku Staropola podeszliśmy zobaczyć ciekawostkę - malowniczo wyglądający zespół opuszczonych magazynów dawnej agencji celnej Hartwig S.A. Obok mała stacyjka kolejowa, która zyskała na znaczeniu podczas budowy MRU. W samym Staropolu Pz. w. 780 oraz kościół pw. św. Maksymiliana Marii Kolbego z ceglaną wieżą, podobno ufundowaną przez armię niemiecką w ramach zadośćuczynienia za zburzenie starego kościoła ewangelickiego (znajdował się tam gdzie Pz. w. 780). Zrezygnowaliśmy z podejścia do bunkrów Grupy warownej "Körner", rozbitych jak wiele mijanych wcześniej i cmentarza.
Potem dłuższy czas asfaltem, przez wiadukt nad A2 weszliśmy do Lubrzy. Na wejściu do wsi, na prywatnym terenie Pz w. 694, dalej urządzenie spiętrzająco-spustowe, połączenie jazu 709 oraz śluzy fortecznej 708 wchodzące w skład MRU, a po drugiej stronie Paklicy średniowieczny młyn miejski obecnie dostosowany do potrzeb studia nagraniowego.
Główna ulica łukiem doprowadziła nas do znajdującego się w centrum Lubrzy Placu Wdzięczności z wyeksponowanym radzieckim lekkim czołgiem pływającym PT-76 z lat 50-tych.
W sklepie uzupełniliśmy zapasy na pozostałą część trasy. Przeszliśmy koło neoromańskiego, kiedyś ewangelickiego, a obecnie rzymskokatolickiego kościoła pw. św. Jana Chrzciciela z 1848 roku. Kawałeczek za nim, na szczęście dla nas, znajdowała się knajpa "Jadalnia", gdzie zjedliśmy pyszną zupę rybną ze szpinakiem.
Przechodząc nad kanałem łączącym jeziora znaleźliśmy się w Nowej Wiosce, skręciliśmy w prawo i wąską uliczką wzdłuż kanału wspięliśmy się na wysoki brzeg jeziora Goszcza. Dalej we wsi barokowy drewniany kościół pw. św. Anny o konstrukcji zrębowej, obok kolejny dziś denkmal, tym razem przerobiony na pomnik ku czci św. Floriana. 200 metrów od niego forteczny most rolkowy nr 705 z czasów II wojny światowej, położony na kanale taktycznym 703/704 czyli Kanale Niesulickim.
Za wsią, koło jeziora Wągieł, wreszcie zeszliśmy z asfaltu skręcając w polną drogę. Wędrowaliśmy nią w stronę Mostków, mniej więcej wzdłuż przebiegu Kanału Niesulickiego. Gdzieś w łąkach przekraczaliśmy potok Jutrzenka betonowym obiektem inżynieryjnym o niemieckiej nazwie: Pinn Brücke. Dalej już przy zachodzącym słońcu zerknęliśmy z daleka na Pz w. 677 i wreszcie trochę padnięci dotarliśmy do Mostków, zameldowaliśmy się i poszliśmy do restauracji obok na kolację. Na koniec myśl: chcąc zobaczyć wszystko z dzisiejszej trasy dokładnie, trzeba by tu przyjechać na tydzień, a nawet dwa i raczej o innej porze roku.
Dzień 10.
8 sierpnia 2022
Mostki - Przełazy, wg GPS 23 km
|
|
|
Po ciężkim dniu ciężko się nam wstawało. Leniwie podreptaliśmy na śniadanie, po którym zwiedziliśmy jeszcze małe Zoo znajdujące się obok. Niestety z wiekiem coraz smutniejszy jest to dla nas widok. Zabawne były tylko króliki, których wszędzie było pełno i mogły swobodnie biegać po całym terenie.
Ruszyliśmy w drogę. Pogoda jak co dzień ładna, chociaż w ciągu dnia pojawiły się chmurki. Najpierw podeszliśmy do neorenesansowego pałacu z lat 1870-80, obecnie szkoły w Mostkach, obejrzeliśmy go zza płotu. Następnie udaliśmy się do położonego przy ruchliwej DK92 kościoła dawniej ewangelickiego obecnie rzymskokatolickiego pw. MB Częstochowskiej. Budowlę o konstrukcji szachulcowo-murowanej, wzniesiono około 1832 r.
Z ruchliwej krajówki skręciliśmy na Tyczyno, niestety dalej asfaltem. Drogą pośród pól, a potem lasem, doszliśmy do leśniczówki w Tyczynie. Przy zabudowaniach małe pole namiotowe, a przy skręcie w stronę jeziora ciekawy budynek opuszczonego sklepu, kiedyś zapewne ośrodek wczasowy. Szkoda, że takie perełki się marnują.
Chwilę później stanęliśmy na prawie pustej plaży w Krzeczkowie. Z brzegu ładny widok na jezioro Niesłysz, na pobliskim campingu mała gastronomia, zrobiliśmy przerwę w barze.
Dalej wędrowaliśmy wzdłuż jeziora, co jakiś czas mijając pola biwakowe, a w miejscach gdzie nie było ludzi ślady działalności bobrów. Gdzieniegdzie wyłaniał nam się widok na drugą stronę jeziora. Dotarliśmy do położonego na dużym półwyspie grodziska. Wspięliśmy się na wał, zwalone drzewa i strome zbocza fosy zniechęciły nas do wejścia na centralną część. Cofnęliśmy się na drogę biegnącą brzegiem, minęliśmy zatokę Borowską z licznymi żaglówkami i wraz z zielonym szlakiem zaczęliśmy się oddalać od jeziora.
Doszliśmy do Ołoboku, tu wybraliśmy położoną za domami gruntową ul. Strumykową, która doprowadziła nas do centrum miejscowości. Na głównej ulicy minęliśmy kilka ładnych ceglanych kamieniczek i skierowaliśmy się do zlokalizowanego na niewielkim wzgórzu kościoła pw. Św. Bartłomieja z 1795 roku. Kościół wraz z otaczającym murem, reprezentacyjną bramą i sąsiadującymi zabudowaniami stanowi enklawę na tle reszty wsi. Na przykościelnym cmentarzu ciekawe nagrobki, w tym chyba poległego podczas I WŚ Jochema von Mechow w formie żołnierskiego hełmu, na stelli mało czytelna inskrypcja z rytami bagnetów.
Wróciliśmy na główną ulicę Wojciechowskiego, krótka przerwa na lody. Skręciliśmy w ul. Krośnieńską, która doprowadziła nas do pierwszego mostu rolkowego (uchylno-przesuwnego) K603a z zachowaną barierą przeciwpancerną mogącą wytrzymać uderzenie wozów bojowych piechoty i lekkich czołgów. Dalej wzdłuż kanału taktycznego, aby zobaczyć kolejny most rolkowy K603b. W obu maszynownie zalane, jedynie tej drugiej pilnował czarny kot, a nad kanałem rozwieszone były instalacje świetlne. Kontynuując wędrówkę wzdłuż kanału znaleźliśmy się przy trzecim moście rolkowym K602 z barierą oraz biernym bunkrem o ścianach grubości 3,5 metra, chroniącym tamę 602 (Wasserschloß 602). Otwarcie jej przepływu obniżało poziom wody w jeziorze Niesłysz o 1,5 - 2 m, dzięki czemu uzyskiwano wodę do zatapiania obszarów zalewowych. W czasie wojny bunkier obudowany był drewnianą konstrukcją, która imitowała stodołę.
Wzdłuż kanału Ołobok, na którym kręcili się kajakarze, wróciliśmy do jeziora Niesłysz i plaży w Niesulicach, trafiając na deptak z barami. Przy jednym z nich odpoczęliśmy sącząc piwo witnickie, niestety kosztowało 12 zł za 0,4 l, podobno to standard w kurortach.
Wychodząc z deptaka zerknęliśmy na stary cmentarz ewangelicki. Przez centrum miejscowości tylko przemknęliśmy kierując się do namierzonej w internecie knajpy "Kormoran". Na miejscu okazało się, że jest zlokalizowana na terenie zamkniętego ośrodka ze wstępem mocno płatnym. Podjęliśmy negocjacje z ochroną. Obiecując, że wyjdziemy zaraz po konsumpcji, zostaliśmy wpuszczeni za darmo. Obiad zjedliśmy w barze typu "bierzesz sam na wagę", potem uzupełniliśmy również zapasy w ośrodkowym sklepiku. Szkoda, że nie wiedzieliśmy o fajnym barze "Ada" z czeskim piwem przy kolejnej zatoce Wodne Wcięcie. Po moczeniu nóg poszliśmy kosztować złotego trunku.
Przed nami ostatnie 3 km do pokonania. Po drodze w lesie drogowskazy harcerskich baz obozowych. Ostatni odcinek leśnej drogi to nieśmiertelne kocie łby.
W Przełazach minęliśmy granitowy neogotycki kościół pw. Podniesienia Krzyża z 1911 roku i wylądowaliśmy na bazie. Zostawiliśmy rzeczy i wróciliśmy do centrum, najpierw podeszliśmy do neorenesansowego pałacu z końca XIX w. Budowla wzniesiona przez ród Castell, za sprawą wież zakończonych krenelażem jest stylizowana na zamek. Obecnie jest to siedziba Ośrodka Rehabilitacyjno-Wypoczynkowego, w przypałacowym parku widzieliśmy duże wojskowe namioty, pewnie harcerzy. Wyjrzeliśmy na plażę, w drodze powrotnej pizza prosto z pieca opalanego drewnem, była rewelacyjna. Wieczór spędziliśmy odpoczywając na balkonie.
Dzień 11.
9 sierpnia 2022
Przełazy - Łagów, wg GPS 18 km
|
|
|
Wyruszyliśmy dosyć wcześnie bez śniadania, ponieważ zakupy mogliśmy zrobić dopiero w Mostkach. Z jeziorem Niesłysz pożegnaliśmy się przechodząc zarośniętą ścieżką biegnącą wzdłuż zatoki Juliusza. Plaży tu nie było, a szerszy widok na taflę jeziora mieliśmy tylko w miejscach zagospodarowanych przez wędkarzy. Skręciliśmy do zbudowanej około roku 1864 widokowej "wieży Bismarcka". Nazwa okazuje się być błędną, wieża nie znajduje się na liście pomników "Żelaznego Kanclerza", a była tylko zwieńczeniem założenia parkowego widzianego wczoraj pałacu w Mostkach. Wspięliśmy się na tę kamienną budowlę kręconą klatką schodową, wejście na górny taras z krenelażem wymagało nieco ekwilibrystyki. Widoku nie zobaczyliśmy, las jest sporo wyższy niż wieża. Przy Kanale Niesulickim minęliśmy jeszcze rozbity PzW. 668 należący do Grupy Warownej "Lietzmann" (podobnie jak dzisiejsze pozostałe dwa bunkry) i doszliśmy do Mostków.
Najpierw zaliczyliśmy sklep, obok sklepu znajdujący się na prywatnej posesji schron MG stand 670. W centrum wsi, na skwerku z placem zabaw, zjedliśmy śniadanie. Potem udaliśmy się do kolejnego, już ostatniego na tym urlopie, PZ.w. 669, tuż obok nieustanny szum aut na DK92.
Wyszliśmy z Mostków przecinając tory i dłuższy czas wędrowaliśmy piaszczystą leśną drogą. W pewnym momencie, w środku lasu, coś zaczęło na nas szczekać jak pies czy wilk, stanęliśmy jak wryci. Okazało się, że to zaskoczona przez nas sarna wydawała te dźwięki, uciekając z tego miejsca w dziwnych podskokach.
Na początku wsi Bucze odpoczęliśmy pod sklepem, mieliśmy szczęście, bo od godziny 12 zaczynała się przerwa. Dalej w miejscowości pomnik poświęcony amerykańskim lotnikom bombowca B-17, którzy zginęli 18 marca 1945 roku zestrzeleni przez niemiecką artylerię przeciwlotniczą i myśliwce. Podeszliśmy też do starego zrujnowanego cmentarza ewangelickiego, na którym po wojnie znajdowały się grobowce z piaskowca nawet z XVII w.
Znowu asfalt, który po przejściu nad A2 doprowadził nas do Żelechowa. Pałacu nie dostrzegliśmy, skręciliśmy od razu do kościoła o konstrukcji szachulcowo-drewnianej pw. św. Stanisława Biskupa z 1648 r. Ostatni odcinek również asfaltowy doprowadził nas do Łagowa, do którego schodziliśmy stromą ulicą Mostową. Przeszliśmy pod wiaduktem kolejowym, tym razem nie weszliśmy na górę, chwilę potem zameldowaliśmy się w pokoju i poszliśmy "w miasto". Mimo że Łagów nie jest dużą miejscowością, to w centrum poczuliśmy, co znaczą tłumy na urlopie: ścisk na chodnikach, kolejki w knajpach, wszechobecny harmider. Do tej pory nas to omijało. Dopiero wieczorem trochę się uspokoiło.
Dzień 12.
10 sierpnia 2022
Pętelka wokół Jeziora Łagowskiego, wg GPS 10 km
|
|
|
Dzisiaj w końcu przerwa. A jak przerwa, to nie leżymy, ale w planach mamy przejście wokół Jeziora Łagowskiego. Różnica jest taka, że będziemy wędrować z prawie pustymi plecakami. Wyszliśmy rano z bazy, a tu w Łagowie pusto. Skorzystaliśmy i zwiedziliśmy w miejscowości co się dało. Przez Bramę Polską poszliśmy do zamku, zerknęliśmy na zabudowany dziedziniec, jedynie na wieżę nie udało się wejść, było za wcześnie.
Koło kościoła pw. św. Jana Chrzciciela i dalej wzdłuż brzegu Ciecz skierowaliśmy się w kierunku grodziska. Wspinaczka w sandałach nie była łatwa. Porośnięte bukami wały robiły wrażenie, zwłaszcza że są wysoko wyniesione ponad otaczający teren. Po drugiej stronie Sokolej Góry znajdował się stary cmentarz ewangelicki, miejsce które stopniowo pochłania przyroda. Z cmentarza do Łagowa zeszliśmy w okolicach dawnego kina "Świteź".
Rozpoczęliśmy wędrówkę wzdłuż Jeziora Łagowskiego, początkowo bulwarem mając po lewej stronie jezioro z plażami i przystaniami, a po prawej willowiska i ośrodki wczasowe. W końcu weszliśmy do lasu i mogliśmy rozejrzeć się za jakimś miejscem na odpoczynek i kąpiel. Po jakimś czasie znaleźliśmy przytulną zatoczkę. Słońce po kąpieli przygrzewało, choć miejsce nie było zbyt intymne - pobliską drogą co jakiś czas przemieszczali się spacerowicze i rowerzyści.
Po dłuższej przerwie kontynuowaliśmy spacer, doszliśmy do końca jeziora i po pokonaniu kładki na rzeczce Łagowa zaczęliśmy wracać. Na najbardziej wysuniętym półwyspie jeszcze krótka przerwa i dosyć szybko wróciliśmy do miejscowości. Od tej strony Łagów nie jest zbyt przyjazny, płoty, ośrodki i tereny prywatne. Zjedliśmy obiad i wróciliśmy do pokoju na drzemkę...
Po południu, wypoczęci, poszliśmy na wieżę zamkową. W międzyczasie zadzwonił do nas Kazimierz z OWRP z informacją, że wybierają się do nas na spotkanie, umówiliśmy się pod zamkiem. Razem przeszliśmy do jednej z nadjeziornych knajpek. Rozmawiając z Lidką, Mariolą, Kazikiem i Konradem sączyliśmy złoty trunek (z wyjątkiem kierowcy) i tak minął nam wieczór. Na koniec otrzymaliśmy materiały rajdowe oraz komplet odznak z tegorocznego OWRP, dziękujemy :)
Dzień 13.
11 sierpnia 2022
Łagów - Lubniewice, wg GPS 30 km
|
|
|
Wstaliśmy wcześnie. Mając w planach trasę wzdłuż jezior Buszenko i Buszno, dwa dni temu dzwoniliśmy do oficera dyżurnego, czy będziemy mogli bezpiecznie przejść przez poligon. O tym wymogu przeczytaliśmy na różnych stronach internetowych z tego rejonu. Dziś dokładnie o 7:05 mieliśmy zadzwonić w sprawie potwierdzenia. Otrzymaliśmy zielone światło, zostaliśmy tylko poproszeni o informację, gdy opuścimy teren poligonu. Malownicza leśna trasa wzdłuż jezior była dla nas otwarta, poza tym dzięki temu oszczędziliśmy około 5 km odległości oraz co ważniejsze, ominęło nas 15 km asfaltu. Wyruszyliśmy zaraz po śniadaniu, w Łagowie robiąc jeszcze ostatnie zakupy.
Czerwony szlak miał nas wyprowadzić z miejscowości i dalej towarzyszyć także na poligonie, jednak początkowo wyglądał nieciekawie. Najpierw wzdłuż Jeziora Ciecz, aż żal było przechodzić szybko przez plaże, przy których można było zostać na dłużej. Im bardziej oddalaliśmy się od widocznej nad taflą wody zamkowej wieży, tym więcej dzikości było nad jeziorem.
Po wejściu na poligon, chociaż nie było wprost informacji, że już się na nim znajdujemy, minęła nas grupka rowerzystów, ciekawe, czy tak jak my mieli przepustkę?
Wędrowaliśmy charakterystycznymi kostkowymi leśnymi drogami, co ciekawe czerwone znaki miejscami wyglądały jak nowe. Wokół nas wysoki bukowy las w rezerwacie Buczyna Łagowska oraz małe oczka wodne. Doszliśmy do Jeziora Buszenko, które gdzieś nam przez drzewa majaczyło, ale oficer powiedział, żeby nie schodzić ze szlaku, więc nie podchodziliśmy do niego. Nad kanałem między jeziorami jakiś betonowy obiekt, następnie pamiątkowy głaz dedykowany poległemu w czasie I wojny światowej dowódcy U-Bootów Otto Weddigenowi. Dalej jezioro Buszno - okrążyliśmy wciętą zatokę ze skałkami i wylądowaliśmy na plaży znajdującej się w miejscu, gdzie są ostrzeżenia o strzelnicy do strzelań nawodnych poligonu lądowego. Zrobiliśmy przerwę nad krystalicznie przeźroczystą wodą. W sumie byliśmy tam dość wcześnie, w ten pogodny dzień właśnie zaczęli zjeżdżać ludzie.
Opuszczając plażę wykonaliśmy telefon do oficera dyżurnego, że wyszliśmy z poligonu. Najpierw 1,5 km asfaltem, przy kamiennym drogowskazie z napisem "Grochów" skręciliśmy w polną drogę na Grochowo. Po jakimś czasie garbatym mostkiem przeszliśmy nad torami i dotarliśmy do wsi. Przy głównej ulicy kamienny kościół pw. Podwyższenia Krzyża Świętego z końca XIX wieku, nieco dalej na terenie prywatnym zaniedbany dwór, choć przy wejściu widać było jakieś prace. W Grochowie miał znajdować się sklep, i owszem był, ale 1 lutego 2022 roku został zamknięty.
Zgodnie z mapą na końcu wsi skręciliśmy w polną drogę w prawo, która miała nas doprowadzić do Glisna. Droga chyba jednak zupełnie nieużywana, bo zarosła drzewami i krzakami tak, że nie dało się przejść. To zjawisko jest ostatnio coraz częstsze. Nie mając wyjścia weszliśmy na pole kukurydzy, która rosła rzędami, między którymi pozostawały w miarę szerokie przestrzenie, dało się iść. Doszliśmy do skrzyżowania i po skręcie mieliśmy już ładną polną drogę. W cieniu zrobiliśmy krótką przerwę. Dalej na trasie krzaki pełne jeżyn, w dodatku bardzo słodkich, nie mogliśmy się oderwać. Były też inne owoce, ale za bardzo gębę wykrzywiały.
Dotarliśmy do Glisna i tu już dłuższa przerwa w centrum. Z tyłu sklepu delektowało się miejscowe towarzystwo, my przeszliśmy nad wiejski staw (którego nie ma na mapie) i odpoczywając obserwowaliśmy moczących wędki tubylców. Po przerwie poszliśmy oglądać tutejsze zabytki. Byliśmy pod wrażeniem znajdującego się tu zespołu pałacowego z XVIII/XIX wieku, sam pałac w remoncie, ale naprawdę warto go zobaczyć. W otaczającym go parku znajduje się kaplica grobowa - mauzoleum Honochów z 1837 r. Nieopodal sztuczna ruina wybudowana na pagórku znajdującym się w osi pałacu, kapitalne rozwiązanie krajobrazowe. Niestety nie mogło obyć się bez przygód, Karolinie zerwał się pasek sandała. Dobrze, że była igła z nitką (zawsze mamy przy sobie przybornik) i udało się jakoś złączyć pasek. Przy skrzyżowaniu koło sklepu "Pomnik upamiętniający czyn osadników wojskowych", przy kościele denkmal. Sam kościół p.w. Serca Jezusowego powstał w roku 1837 wg projektu znanego berlińskiego architekta Karla Friedricha Schinkla.
Ostatnia część drogi to już asfalt do Lubniewic. W rynku z marszu zjedliśmy obiad w "Xeni", potem poszliśmy się zameldować. Choć nocowaliśmy dość daleko nad jeziorem Krajnik, wieczorem wróciliśmy pospacerować po centrum.
Dzień 14.
12 sierpnia 2022
Do wąwozu Żubrowskiego/wokół Jeziora Lubniewsko, wg GPS 26 km
|
|
|
Na dzisiaj mieliśmy zaplanowane przejście przez znany nam sprzed kilkunastu lat Wąwóz Żubrowski. Zjedliśmy śniadanie z tego, co nam jeszcze zostało i ruszyliśmy w drogę.
Przeszliśmy przez całe Lubniewice oglądając wszystko, co mieliśmy na trasie. "Stary zamek" był ledwo widoczny w gąszczu otaczających go drzew, w oknach straszyły folie z przerwanego remontu. Naprzeciw szachulcowo-murowany dom z 1781 roku, w którym mieści się punkt informacji turystycznej oraz sklep z pamiątkami, o tej godzinie był zamknięty. 200 metrów dalej otoczony kamieniczkami rynek, a w jego centralnej części znajduje się fontanna z figurą Rusałki. Obok rynku gotycki kościół pw. Matki Bożej Różańcowej z połowy XV wieku, z wieżą z 1882 roku, jednak pocałowaliśmy w nim klamkę. Minęliśmy ratusz - siedzibę Urzędu Gminy, dawniej szkołę wybudowaną na początku XX wieku. W jednym z marketów jeszcze zrobiliśmy zakupy na trasę i zgodnie z mapą na końcu miejscowości skręciliśmy z głównej drogi wraz z niebieskim szlakiem.
Przeszliśmy pod dawnym wiaduktem kolejowym, choć w sumie trudno napisać "pod", skoro zostały tylko jego przyczółki. Za nasypem koniki, do których podjeżdżały samochody wzbijając kłęby kurzu. W Rybakówku zbliżyliśmy się do Jeziora Lubniewsko, najpierw stawy, dalej tafla jeziora i zejście na plażę. Potem wróciliśmy do lasu, na jednym ze wzgórz grodzisko tak zarośnięte, że dobrze fosy nie było widać.
W dolinie Czerwonego Potoku dotarliśmy do czerwonego szlaku, a dalej wraz z nim do najważniejszego punktu, czyli Wąwozu Żubrowskiego. Krótka przerwa na ławeczce przy wejściu i strome zejście, ze strachem spoglądaliśmy na łatanego sandała.
Wąwóz to cud przyrody, który zawdzięczamy trzeciemu zlodowaceniu. Ponad 700-metrowej długości ścieżka prowadzi jego dnem i jest otoczona wysokimi na ponad 30 metrów stromymi zboczami. Zbocza porośnięte ogromnymi drzewami sprawiały wrażenie, jakbyśmy byli w górach. Idąc ścieżką mijaliśmy liczne boczne odgałęzienia, w stromych zboczach wąwozu tkwią duże głazy narzutowe, a także będące ciekawostką przyrodniczą - żebra skalne zbudowane z piaskowca. Gdzieniegdzie musieliśmy pokonywać zwalone drzewa, choć i tak było lepiej, niż gdy byliśmy tu w 2009 roku.
Po wyjściu z wąwozu opuściliśmy czerwony szlak, który "poleciał" przez Żubrów do Sulęcina. Najważniejsze, że zszyty sandał wytrzymał wymagające przejście. Początkowo chcieliśmy iść szlakiem zielonym, który miał prowadzić górną krawędzią wąwozu. Jednak gęsta roślinność powodowała, że mało co było widać, a i szlak trochę się gubił. Potem leśną drogą spadliśmy do szlaku niebieskiego obiegającego jezioro Lubniewsko. Zrobiliśmy dłuższą przerwę przy jednej z zatok, niestety ani miejsce, ani jezioro nie zachęcało do kąpieli.
Wędrowaliśmy dalej szlakiem, mając w zasięgu wzroku wodę, co jakiś czas penetrowaliśmy półwyspy w poszukiwaniu jakiegoś fajnego dojścia do wody, ale nic się nie znalazło. Przy ostatniej zatoczce jeszcze chwila przerwy i drogą biegnącą wzdłuż dawnej linii kolejowej skierowaliśmy kroki do Lubniewic.
W "Złotej Rybce" zatrzymaliśmy się na pierwsze danie obiadu - pikantną zupę rybną gulaszową. Dalej wzdłuż Jeziora Lubiąż podążyliśmy do Zamku Lubomirskich. Zamek jak przed laty, nadal w niekończącym się remoncie. Podeszliśmy do ośrodków wypoczynkowych, gdzie zatrzymaliśmy się na pizzy spożywanej w hałasie i tumulcie. Przez park Miłości wróciliśmy do naszego ośrodka relaksować się w ciszy.
Dzień 15.
13 sierpnia 2022
Lubniewice - Brzozowiec, wg GPS 25 km
|
|
|
Sobota, ostatnie kilometry przed nami. Ciekawostka była taka, że nawet gdyby nam się nie chciało, to i tak musieliśmy iść, w weekend do i z Lubniewic nie funkcjonowała żadna komunikacja.
Rano było pochmurnie. Spakowaliśmy się, ostatni raz spojrzeliśmy na sąsiadujące z naszym ośrodkiem jezioro Krajnik i ruszyliśmy. Jeszcze tylko w sklepie przy rynku zakupy na trasę, bo przed nami tylko las. Na wyjściu z Lubniewic rzut oka na Stary zamek, tym razem z innej strony, oraz na kordegardę.
Szliśmy żółtym szlakiem, pierwszą przerwę zrobiliśmy nad Lubniewką. Gdy siedzieliśmy na betonowych schodkach przepustu, mignął przed nami zimorodek. Nie było szans na fotkę.
Zaczęło padać. W pelerynach ruszyliśmy dalej zielonym szlakiem. Co jakiś czas mijaliśmy paśniki i lizawki dla zwierząt. Po kilku kilometrach zeszliśmy ze szlaku w nieznakowaną drogę w kierunku Brzozowca. Mimo że leśna droga trochę się dłużyła, pośród wysokich sosen szło się przyjemnie. Przestało padać, jednak sandał Karoliny nie wytrzymał wilgoci, musieliśmy się trochę pozamieniać obuwiem.
Doszliśmy do DK24, przy której był parking z miejscem odpoczynku, gdzie można było odpocząć na ławce z daszkiem. W pewnym momencie nic sobie z nas nie robiąc, drogą koło nas przemaszerował zając, który tak nas zaskoczył, że nie pomyśleliśmy, aby zrobić mu zdjęcie.
Za DK24 dalej las, podeszliśmy do użytku ekologicznego "Oczko" - małe urozmaicenie w tym lesie. Potem dłuższy odcinek maszerowaliśmy prostą drogą. Z daleka widzieliśmy rusztowanie przypominające jakąś metalową wieżę, gdy się zbliżyliśmy i zobaczyliśmy obiekt z innej strony okazało się, że to dopiero co ustawiane słupy wysokiego napięcia, na razie bez przewodów i to nas zmyliło. Do Jeziora Glinik doprowadziła nas piaszczysta droga. Tu znaleźliśmy miejsce na przerwę, posiedzieliśmy dłuższy czas.
Po odpoczynku ścieżki prowadziły nas już wzdłuż jeziora. Co chwilę widać było ślady działalności bobrów, w szczególności na środkowym półwyspie. Kawałek dalej okazało się, że nad jeziorem znajduje się pole biwakowe z plażą. Było tu trochę ludzi i kilka namiotów. Dalej lasem, przy pomnikowym dębie skręciliśmy na wschód, potem przechodząc pod S3 doszliśmy do Brzozowca.
W miejscowości mieliśmy zjeść obiad, niestety knajpa była zarezerwowana na jakąś rodzinną imprezę. Dobrze, że obok był otwarty sklep, kupiliśmy co trzeba i poszliśmy na stację czekać na pociąg. Na szczęście było gdzie usiąść, przy placu zabaw były ławeczki z daszkiem. Razem z nami siedziała tutejsza młodzież, chwilę porozmawialiśmy o wędrówkach. W sumie to już koniec naszego urlopu.
Dojechaliśmy szynobusem do Gorzowa Wielkopolskiego, gdzie najpierw złapała nas ulewa, przeczekaliśmy ją pod estakadą kolejową. Zjedliśmy obiad i na dworcu PKS oczekiwaliśmy na autobus do Łodzi.
Podsumowanie:
- Podoba nam się niezależne wędrowanie, jednak odczuwamy brak noclegów pod namiotem, ognisk i spotkań z innymi wędrowcami, to niestety nie jest prawdziwe OWRP. Miło więc było spotkać w Łagowie część Kierownictwa tegorocznego Rajdu.
- Na trasie mieliśmy dużo jezior, dzikiej przyrody, zabytków, w szególności militarnych, żeby je dokładnie zwiedzić, należałoby poświęcić ekstra urlop (tak zresztą jest co roku).
- Najmilej wspominamy pierwszą cześć urlopu, tę z dala od kurortów, które nas trochę zawiodły.
- Pogoda nam dopisała, chociaż upał też nam dał w kość.
- Według GPS przeszliśmy 360 km szlakami istniejącymi, nieistniejącymi oraz bez szlaku, i nie spotkaliśmy ani jednego turysty "plecakowego", w sumie także długodystansowego rowerowego.
- Dziewiątego dnia wędrówki spełniliśmy drugą część normy na "dużą złotą OTP", pierwsza zaliczona była na OWRP w trybie indywidualnym na Opolszczyźnie.

















































































































































































































































